poniedziałek, 29 stycznia 2018

Rozdział 46 - Droga

– Nie wiem czy te ci wystarczą – mówił Rikken, gdy Kalena oglądała miecze dostępne w Yagn-sho – To najlepsze am-shen jakie udało mi się tu znaleźć, nie sądzę jednak, że dadzą radę dorównać tym stworzonym specjalnie dla ciebie w królewskiej kuźni.
– To umiejętności świadczą o wojowniku, a nie to, gdzie został wykuty jego miecz – powiedziała spokojnie, szukając broni najbardziej podobnej do starej.
– Ale dobry miecz też się przydaje. – urwał i zastanowił się nad czymś przez chwilę. – Jeśli chciałabyś zaczekać parę dni, mógłbym sprowadzić inne.
– Nie mam paru dni. Mistrz Aymon miał rację, jeżeli Galaspiael jest w madegaldzkiej niewoli, trzeba się spieszyć – oznajmiła twardo. Rikken oparł się plecami o ścianę i pokręcił głową.
– Zawstydzasz wszystkich nas takim oddaniem dla niego. Co z nas za poddani, skoro nikt nie odważył się wyruszyć razem z tobą by ratować króla?
Kalena zatrzymała się w pół kroku i westchnęła ciężko.
– Ja już niczym nie ryzykuję – odparła cicho – łatwo mi osądzać was, którzy macie tu domy, rodziny, ukochanych, gdy sama straciłam już swój dom, a jedyną rodziną był dla mnie on. Dopóki nie wrócimy, zbierajcie sojuszników. Jestem pewna, że król będzie wam za to wdzięczny równie bardzo jak mi za uratowanie go.
– Mistrzyni Bimala spakowała ci kopie map z naszej biblioteki. Pojedziesz prosto do Sekanii?
– Chciałam najpierw udać się do Zakazanej Strefy – Spojrzała przez okno, wbijając wzrok w las. – Jeśli ktoś wie, gdzie jest teraz Galaspiael, to na pewno jest do Gyeul. Być może przekonam go, by mnie jakoś pokierował. Nie pała do niego sympatią, ale pewnie wie, że nie pozostawił po sobie następcy. Jeśli zginie, jego dynastia wygaśnie, i nie będzie miał kto spłacać długu. Zostanie na zawsze uwięziony w świecie żywych, a tego by nie chciał.
– Proszę, uważaj na siebie. Może pojedź wieczorem?
– Rozważałam to, ale mam pewien plan. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie zrobi mi krzywdy.
– Kiedy będziesz w Sekanii, także uważaj – kontynuował – dostaliśmy wiadomość, że wczoraj odbyła się kolejna bitwa, bardzo blisko stolicy. Madegald podszedł bliżej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Niedługo pewnie Astinia zostanie podbita i uzyskają dostęp do morza. Nic nie wiadomo o jeńcach, teraz podobno w ogóle ich nie brali. Jeśli mają Galaspiaela, na pewno nie trzymają go ze wszystkimi i dobrze ukrywają. Będzie ci trudno go odszukać.
– Dlatego muszę spróbować porozmawiać z tym duchem. Każda, nawet najmniejsza poszlaka jest na wagę złota. – Zamachnęła się i ostrze ze świstem przecięło powietrze. – Te będą dobre.
Am-shen które wybrała rzeczywiście nie dorównywały jej poprzedniej broni. Nie były złe, właściwie to całkiem porządne, ale wiedziała, że minie trochę czasu, zanim do nich przywyknie.
Wyjechała z Yagn-Sho żegnając się tylko z Rikkenem. Miała mało czasu i nie chciała go marnować. Postanowiła nie ryzykować i nie wjeżdżać nawet do najmniejszej wsi. Nadal znajdowała się zbyt blisko stolicy, do Zakazanej Strefy musiała pojechać leśną drogą.
Nie zastała Gyeula ani nikogo innego w zrujnowanym mieście. Całą drogę szła przywołując go w myślach i słownie, ale nic się nie działo. Żadnych upadków, żadnych nienaturalnych podmuchów wiatru.
– Wiem że tu jesteś! Pokaż się! – krzyknęła. Echo powtórzyło jej głos kilka razy za dużo. Gyeul jej słuchał.
– Chciałabym z tobą porozmawiać Wasza Cesarska Mość.
Zareagował. Pojawił się przed nią, ale o wiele wyższy i straszniejszy, niż go zapamiętała. Chciał ją onieśmielić.
– Czego tu szukasz kochanko mojego następcy? Nie powinnaś uciekać? Poszukiwacze ostatnio nie znajdują tu skarbów, a za ciebie obiecano pokaźną sumę. Pewna grupka wchodzi właśnie do lasu, mogę ich tu przyprowadzić.
– Chciałabym zapytać cię o coś ważnego – zaczęła spokojnie.
– Pytaj więc – odparł lekko zirytowany faktem, że nie udało mu się jej przestraszyć.
– Galaspiael nadal żyje tak?
Zjawa stojąca przed nią rozmyła się w czarną mgłę i zmaterializowała za jej plecami. Mimo że Kalena miała na sobie grubą warstwę materiału, poczuła jego zimne palce na ramionach.
– Chcesz potwierdzenia, że jeszcze nie oszalałaś? Tak długo ci to wmawiali, że w końcu sama zaczęłaś wątpić, czy rzeczywiście masz rację? Całkowicie rozumiem. Mnie także wielu ludzi uznawało za szaleńca, gdy jeszcze żyłem. Ale cokolwiek teraz odpowiem, czy zmieni to coś? Zaczniesz się inaczej postrzegać?
– Powiedz mi gdzie jest, a wyruszę go szukać. Też tego chcesz, prawda?
Usłyszała ciche westchnięcie i szum liści.
– Jeśli mam być szczery, to nie. Gdybyś odnalazła go zbyt szybko, wrócilibyście do pałacu i znając ciebie, nie pozwoliła byś go już nikomu skrzywdzić. To mi nie odpowiada. Od czasu jego uprowadzenia, mogę o wiele łatwiej wdzierać się do zaświatów i zostawać tam dłużej niż wcześniej. Jest w madegaldzkiej niewoli i chcę by w niej został jeszcze długo. Nic więcej ci nie powiem.
– Zobaczymy – Kalena wyjęła broń, ale wtedy Gyeul znów rozpłynął się w powietrzu. Krzyknęła wściekle i wyciągnęła przed siebie obie ręce. Chciała wyciągnąć ze swojego ciała trochę energii i zamienić ją w ogień. Mnóstwo ognia. Tak żeby spalić całą Zakazaną Strefę. Oczami wyobraźni już widziała ją w płomieniach.
– Nie podoba ci się życie w ruinie? To będziesz żył w popiele! Rozkazuję ci tu wrócić i odpowiedzieć na moje pytanie! – krzyknęła w ogóle nie spodziewając się, że osiągnie tym jakiś skutek.
Jednak wrócił. Już nie w ucieleśnionej formie, tylko jako przerażająca zjawa z białą głową i czterema jaszczurczymi ogonami wyrastającymi wprost z niej. Podniósł ją jak szmacianą lalkę i odrzucił kilka metrów dalej. Jęknęła głośno próbując się podnieść, gdy wylądował obok niej
 – Za kogo ty się uważasz? Za boginię, że chcesz tworzyć płomienie rękami? Jesteś tak daleko od bogini, jak to tylko możliwe. Nie zdajesz sobie sprawy z pełni możliwości jakie daje sztuka kontroli ognia, nie zasługujesz na nią. – Przygniótł ją do ziemi mocnym podmuchem powietrza. – Naprawdę nie pojmuję, dlaczego to nie zanika w kolejnych pokoleniach. Dla was, bękartów, to powinno być nawet zakazane.
– Nie dam zginąć Galaspiaelowi – wykrztusiła – odnajdę go, czy mi pomożesz, czy nie. Wiesz o tym dobrze.
– Wiem – odparł – odnajdziesz go. Ale gdyby przeznaczone ci było zrobić to za szybko, zobaczyłbym to już i zabił cię teraz. Bez mojej pomocy jednak do tego nie dojdzie. Widzę twoją przyszłość, niewolnico. Nie zdołasz mi zaszkodzić. Jesteś małym, nic nieznaczącym błędem w moim planie. I nie licz na to, że wzbudzisz we mnie litość, twoje myśli też widzę.
– Proszę... – jęknęła przez łzy – pomóż mi chociaż trochę. Tak żeby nie cierpiał więcej niż musi.
– Pomóc ci, za to jak uniosłaś się gniewem w mojej obecności? Jeśli chcesz, by nie cierpiał więcej niż musi, to uratuj go w odpowiednim momencie. Pewnie to będzie dla ciebie drobnostka, skoro masz taki wielki dar.
Po tych słowach zjawa zniknęła i nie pojawiła się już więcej.
*
Po południu Mei przyniosła Zarkinowi obiad.
Było lepiej. Gorączka mu zeszła i powoli odzyskiwał siły, chociaż nadal nie widział. Wróciła mu część wspomnień, ale uznał, że lepiej było nic nie pamiętać. Nadal nie wiedział, jak znalazł się na targu niewolników, ale pamiętał wypalenie piętna i moment sprzedania. Nigdy w życiu nie czuł się bardziej upokorzony.
– Widzę że oglądałeś swoją sypialnię – Zażartowała poprawiając dywan, o który wcześniej się potknął.
– Śmiej się – odburknął – bawi cię moje nieszczęście, co?
– Przecież wiesz, że nie – odparła już poważnie – Chciałam cię tylko pocieszyć. Musisz w końcu stanąć na nogi. Będę ci pomagać tak jak umiem, ale nie możesz pozwolić, żeby rozpacz cię pochłonęła.
– Dlaczego akurat wzrok? Dlaczego nie słuch, smak albo dotyk? Utraciłem najważniejszy dla mnie zmysł, jak mam dalej żyć?
– Znajdziemy sposób... – zaczęła.
– Nie kłam! – Oparł lewą rękę o stół, a prawą wymacał talerz i łyżkę. Nie mógł powstrzymać łez, gdy myślał o swojej ślepocie. Wraz ze wzrokiem utracił też swoją celność, niemal legendarną i ciężko ćwiczoną od początku nauki w Stowarzyszeniu Skrybów.
– Na razie musisz odpoczywać. Jeszcze nie odzyskałeś pełni sił, żaden medyk nie podejmie się leczenia twoich oczu teraz. – Uniosła jego głowę tak, jakby był w stanie ujrzeć jej twarz. – Przejdziemy przez to. Już cię nigdy nie opuszczę.
– Powinnaś – mruknął – powinnaś mnie opuścić, zwłaszcza teraz. Wybacz że tak krzyczę na ciebie bez powodu.
– Krzycz, jeśli ma ci się od tego zrobić lepiej. Jutro zabiorę cię na spacer, nie możesz całego życia spędzić w domu. Podobno to ci pomoże.
– Na pewno nie odzyskać wzrok.
– Wzrok nie, ale spokój ducha tak. Nemina przekazała mi też list od mistrzyni Bimali. Kalena żyje.
– Co z nią? – dopytał spokojnie, chociaż wewnętrznie drgnął słysząc jej imię.
– Podobno ma niedługo pojawić się w Yagn-Sho. List został napisany kilka dni temu, więc pewnie już tam jest. Samin skazał ją na śmierć, ale ktoś w ostatniej chwili zawiadomił Aymona i Rikkena.
– Chciałbym jej pomóc, ale w tym stanie to raczej niemożliwe – przesunął głowę w jej stronę. – Nie zapytałem cię jeszcze, gdzie my właściwie jesteśmy.
– Nadal w Kagolanii, ale bardzo daleko od stolicy. Jesteśmy tu bezpieczni. Największe miasto w tych stronach to Miena i znajduje się jakieś dwie godziny drogi stąd. Znalazłam cię na tamtejszym targu. Ze stolicy tutaj droga jest bardzo długa i przebyłeś ją całkowicie otruty. Obawiali się ciebie, pewnie wiedzieli że umiesz się bronić.
Milczał, dopóki nie skończył jeść. Mei cierpliwie siedziała przy nim, zastanawiając się, co jeszcze mogłaby powiedzieć.
– To prawda, co Kalena mówiła na pogrzebie? Galaspiael żyje?
– Słyszałaś o tym?
– Mój kuzyn mi opowiedział, a potem przestał odpowiadać na moje wiadomości. Ale nawet gdy nie miało się kogoś bliskiego w Srebrnej Gwardii, można było się o tym dowiedzieć, jeśli tylko pojechałeś wtedy do stolicy. No ale, jak sądzisz, to prawda?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Ale skoro Kalena w to wierzyła, to myślę że to prawda. Pewnie z Yagn-Sho wyruszy go ratować.
*
Przez całą drogę do Sekanii przeklinała samą siebie za stracony czas.
Kiedy miała wyjść z Zakazanej Strefy, Gyeul znów ją zaatakował i sprawił, że straciła przytomność na parę godzin. Ocknęła się rankiem, następnego dnia. Straciła całą noc, którą chciała poświęcić na podróż.
Z lękiem patrzyła na każdego mijanego człowieka. Próbowała się pocieszyć, mówiąc sobie że jest coraz dalej od pałacu i Samina, ale jednak cały czas czuła niepokój W końcu udało jej się przekroczyć granicę, z prawie jednodniowym opóźnieniem.
Dla bezpieczeństwa postanowiła nie nocować w żadnej wiosce. Nie wiedziała jak daleko może sięgać władza nowego króla, ale była pewna, że jej szuka i wie w jakie strony się udała. Nie chciała przyznać przed samą sobą, że się boi. Już nie walki, ale samotności, która zaczęła ją otaczać z każdej strony. Pierwszy raz wyłącznie od jej decyzji i tego czy plan się powiedzie zależało tak wiele, i to ją przytłaczało.
Wymyślała, że kiedy już dowie się, gdzie Galaspiael jest trzymany, przemknie się tam wczesnym rankiem, a nie w nocy, tak jak wcześniej mówiła Rikkenowi. Leżała w prowizorycznym szałasie nie mogąc nawet zmrużyć oka, choć noc była wyjątkowo ciepła. Czuła okropną pustkę w sercu, gdy pomyślała o swoim domu. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, co może stać się z tym miejscem pod jej nieobecność. Zostawiła tam wszystko. Prawie każda radosna chwila w jej życiu miała powiązanie albo z Yagn-Sho, albo z tym domem. Była niesamowicie wdzięczna Galaspiaelowi, że zdecydował się jej go podarować.
Nagle z tyłu głowy zakuła ją straszna myśl. Co zrobi, gdy jej się nie uda? Dokąd pójdzie? W Kagolanii uznano ją za obłąkaną, która podniosła rękę na nowego króla i zniszczyła uroczystość pogrzebową. Nie miała tam czego szukać, a reszta świata była okropnie obca.
Do Yagn-Sho nie chciała wracać bez Galaspiaela. Śmierć w walce wydawała jej się lepszym rozwiązaniem niż życie z poczuciem że zawiodła. Nigdy by sobie nie wybaczyła tej porażki.
Im bardziej o tym myślała, tym bardziej sen nie chciał przyjść, a jej myśli jak na złość stawały się bardziej natrętne. To był dopiero początek, a już miała dość. Brakowało jej kogoś, który rozpaliłby w niej gasnący powoli zapał. Była sama, ze swoim strachem i wątpliwościami i jak na razie nic nie wskazywało na to, że miało się to zmienić.
Zasnęła na godzinę i obudziła się jeszcze bardziej zmęczona niż wcześniej. Wydostała się ze swojej kryjówki i udała do leżącego na drodze miasteczka. Kiedy nie mogła znaleźć pieniędzy, przeraziło ją to nie na żarty. Na szczęście się znalazły, ale wraz z nimi pojawiło się kolejne zmartwienie.
Co zrobi, kiedy się skończą?
Musiała zacząć się rozglądać za madegaldzkimi żołnierzami i nasłuchiwać wieści wojennych. Przywołała samą siebie do porządku. Trzeba było się skupić.
*
– I jak? – zapytała Mei, po raz kolejny przemywając Zarkinowi oczy wywarem z intensywnie pachnących ziół.
– Bez zmian – odparł ponuro.
– Nie martw się panie, na pewno potrzeba więcej czasu.
– Nie nazywaj mnie już tak! – Chciał chwycić ją za rękę, ale nie trafił. – Teraz to raczej ja powinienem cię tytułować swoją panią.
– Chcę ci w ten sposób okazać szacunek.
– Wielce niezasłużony. Poza tym to "panie" strasznie oddala nas od siebie. Mam imię, podobnie jak ty. To nie będzie dla mnie żadna ujma, a teraz gdy straciłem wzrok, czuję się po prostu źle, gdy mnie tak nazywasz.
– To przestanę – obiecała – ale chcę żebyś wiedział, że zasługujesz na to, nawet teraz. Zwłaszcza teraz.
– Nie rozumiesz.
– Rozumiem, strzelanie wymaga doskonałego wzroku, a ty nie jesteś pewien czy w ogóle go odzyskasz. Straciłeś naprawdę wiele i czujesz się źle ze sobą.
Nie musiał odpowiadać, dobrze go znała. Po tym jak wyrwał się z niewoli to właśnie ten odkryty przypadkiem talent dał mu  poczucie wolności i równości z innymi ludźmi. Dlatego utrata wzroku tak bolała.
– Nie kochałaś mnie właśnie przez to jaki wtedy byłem?
– Kocham ciebie całego, nie tylko twoje oczy. Kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłam, nic nie wiedziałam o twoim talencie. Nie miałeś ze sobą łuku gdy pokonałeś szpiegów Sprzysiężenia. Zdążyłam cię pokochać o wiele wcześniej niż bym sobie tego życzyła i kocham cię o wiele dłużej niż sądziłam, że jestem zdolna. Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego tak jest, ale jestem pewna, że nieważne czy będziesz kiedyś jeszcze widział czy nie, to się nie zmieni.
Patrzyła ostrożnie jak Zarkin chodził po pokoju, w każdej chwili gotowa mu pomóc, gdyby się potknął. Uśmiechnęła się widząc, jak dobrze zaczął sobie radzić. Powoli odnalazł drzwi i przekręcił klamkę.
– Zapamiętałem cały pokój. Jeśli wszystko zostanie na swoim miejscu, powinienem sobie radzić. Dostałaś może jakieś wiadomości? Co się teraz dzieje w Yagn-Sho?
– Za mało czasu, żeby móc powiedzieć o jakimś postępie. Yagn-Sho jest bezpieczne, ale gorzej jest w pałacu. Kapitan Rubinowej Gwardii, tej ochraniającej królową mocno oberwała w związku ze zniknięciem Kaleny.
– Królowa miała jakąś gwardię?
– Królowa ma dwórki i służące, ale każda z nich jest wyszkolona w walce, żeby w razie potrzeby móc ją bronić.
– A kim jest ta kapitan?
– Ma na imię Nailan.
– Znałem ją. Została pobita?
– Tak. Złapali ją i kazali powiedzieć, gdzie ukryła się Kalena, ale ona uparcie milczała. Oficjalnie Złota Gwardia nie może nikogo zabić bez wyraźnego rozkazu, tym bardziej że Nailan to służąca Jej Wysokości. Wypuścili ją więc, a później złapali i pobili, udając kogoś innego. Była ci bliska? – spytała widząc jego reakcję.
– Rozstaliśmy się skłóceni, przed tym jak wyjechałem na wojnę.
– Przykro mi. Zachowała się naprawdę bohatersko, nie wydała ani Spisku, ani Kaleny.
– Chciałbym tam pojechać. Cały czas siedzimy tylko tutaj, a to co najważniejsze dzieje się bez naszego udziału. Tylko teraz byłbym kompletnie nieprzydatny.
– Możemy jechać, jeśli czujesz się na siłach. Coś na pewno dasz radę robić. Może w Yagn-Sho znajdziemy jakiś sposób, by ci pomóc?
*
Galaspiaela obudził wyjątkowo bolesny kopniak w żebra.
– Wstawaj Wasza Wysokość! – Washar nachylił się nad nim. – Musimy sobie porozmawiać. Miałem poważne problemy przez twoją ulubienicę.
Takiego przerażenia nie poczułby nawet gdyby znów zabrano go na tortury. Podniósł się do pozycji siedzącej i zobaczył leżące na ziemi am-shen, przełamane na pół.
Am-shen należące do Kaleny.
– Jego Królewska Mość Samin prosił abym ci to pokazał. Ładne były – chwycił rękojeść jednego z przełamanych mieczy. – Ona chyba też była ładna, co?
– Ona nic nie wiedziała! – wychrypiał – Przysięgam1 Nic nie wiedziała o dynamicie.
– O tak! – Na twarzy Washara pojawił się kpiący uśmiech. – Z pewnością nic nie wiedziała i dlatego w jej domu znaleziono dwieście lasek dynamitu i kilka nieudanych próbek!
– To była moja pracownia! Nie mogłem tego robić w pałacu, ona po prostu użyczyła mi miejsca. Nie wiedziała co tam się dzieje!
– Za te kłamstwa każę cię zamknąć w trumnie na trzy dni! Myślisz że jestem głupi? Wiem kim ona dla ciebie była! Wiem co razem robiliście!
Wtedy po raz pierwszy się rozpłakał. Wcześniej, nieważne co mu robili i i jak bolesne by to było, nie uronił ani jednej łzy. Teraz nie potrafił powstrzymać rozpaczy.
– Wszyscy w tym twoim śmiesznym kraju są idiotami, skoro jedna dziewczyna narobiła tyle zamieszania. Do tego niewolnica – skrzywił się znacząco – aż mi niedobrze jak pomyślę o tym, że czegoś takiego można dotykać. Po wszystkim ktoś w ogóle nazywał cię arystokratą? Ciągnęło cię do robactwa, bo sam jesteś robakiem, rozumiem to.
Nie odpowiedział. Klęczał skulony, zasłaniając twarz rękami.
– Przygotuj się na przenosiny. Niedługo jedziemy do Madegaldu. Mam już specjalne miejsce dla ciebie w swojej kopalni. Nie przy pracy oczywiście, jesteś przecież nadal królem, jak to wcześniej powiedziałeś. Będzie takie miejsce, bardzo ciasne bardzo ciemne. Posiedzisz sobie tam aż nie zdechniesz. A ja dopilnuję, żebyś zdychał bardzo, długo. Naprawdę bardzo długo. Może nawet dożyjesz tam starości.
Kątem oka dostrzegł, że Galaspiael wyjął z jednej rękojeści ozdobny czerwony kamień. Siłą wyszarpnął mu go z ręki.
– Proszę... – jęknął, gdy jego palce zostały siłą rozwarte. – Nie zabieraj mi tego, proszę. Chociaż tego...
– Mi nikt nie zostawił pamiątki po mojej rodzinie – odparł wyrzucając kamień na zewnątrz. – płacz ile chcesz, twoje łzy to dla mnie radość. Jednak jest jakaś sprawiedliwość na świecie.
Galaspiael ponownie ukrył twarz w dłoniach, a jego ciałem zaczęły wstrząsać lekkie dreszcze. Zostawił go i szybko skierował się do swojej kwatery. Czekała tam Najana. Przyszła by się z nim pożegnać, bo sama też planowała wrócić wcześniej do domu.
– Szkoda że napisał tylko tyle o tej dziewczynie. Przydałoby się więcej informacji.
– Możesz mu jeszcze przekazać, że jego gwardia królewska została wybita w pień – mruknęła czytając długi list od Samina. – Jak zwykle masz szczęście. Swoją drogą nie mam pojęcia jak ona dała radę rozpoznać sobowtóra
– Musiała go bardzo dobrze znać pierwowzór. Często widzieć z bliska, dotykać. Może nawet być bliżej niż jego żona.
– Boję się, że mogła zasiać wątpliwości wśród ludzi. – zacisnęła zęby i ze zdenerwowania uderzyła kilka razy dłonią w stół. – Powinnam ci to wybić z głowy już na samym początku. Ten plan od początku był zbyt ryzykowny!
– Naprawdę nie masz czego się obawiać. To była tylko jedna dziewczyna, która teraz najpewniej jest już martwa, a jeśli jakimś cudem przeżyła, niedługo zginie. Kiedy wyjadę, nikt już mnie nie odnajdzie.
–Ale mogła...
– Po co ktokolwiek w Kagolanii miałby jej wierzyć? – Washar uśmiechnął się do niej i pokręcił głową. – Dostali już swojego króla i wyprawili mu wspaniały pogrzeb pogrzeb. Nie ma sensu dalej myśleć o tej sprawie. Jeszcze się okaże, że wielki bohater wojenny jest tak naprawdę niewolnikiem, ze znakiem hańby wypalonym na twarzy. Dla każdego o wiele bardziej wygodnie jest zaakceptować to co się stało.