sobota, 9 września 2017

Rozdział 38 - Wymarsz wojsk

Czekanie było najgorsze.
Kolejne wiadomości z Sekanii przychodziły rzadko i każda jedna była bardziej niepokojąca od poprzedniej.
Nailan reagowała na wszystko dziwną obojętnością. Nie był to wymuszony chłód Lin-Si, która w rzeczywistości bardzo przeżywała wszystko co się działo, ale autentyczna ignorancja, czasem nawet znudzenie.  Jeśli chowała gdzieś strach o Zarkina, to naprawdę wyjątkowo głęboko.
Kalenie nie podobało się, że zamieszkała w ich domu, ale nie mówiła tego Zarkinowi. Tak długo, jak jego ukochana trzymała się z daleka od jej pokoju, warsztatu i kilku innych prywatnych pomieszczeń, tolerowała jej obecność. Ostatnio i tak sama przebywała w domu dość rzadko, a po wiadomości od Galaspiaela prawie każdą wolną chwilę spędzała w pałacu.
Udawała, że zaakceptowała jego rozkaz, jednak mimo to próbowała sobie zapewnić miejsce w wojskowych szeregach. Długo przekonywała Juna, by zgodził się zabrać ją ze sobą, ale ten stanowczo odmawiał. Podobnie jak Miella – inna kobieta z gwardii. Kategorycznie nie zgodziła się na pomysł podmiany z Kaleną, a w końcu zaczęła unikać rozmawiania z nią.
Wiedziała, że oboje dostali rozkazy od Galaspiaela. Wymusił na nich posłuszeństwo, może grożąc jakimiś konsekwencjami, może po prostu wydając rozkaz. W każdym razie bezwzględnie wykonywali jego polecenie.
Srebrna Gwardia była jedynym oddziałem, który przyjmował kobiety w swoje szeregi. Jeżeli chciałby dostać się do armii, musiałaby rzeczywiście przebrać się za mężczyznę, co też planowała zrobić. Nie wiedziała jeszcze jak ani kiedy, ani nie mówiła nikomu o swoich pomysłach. Zdobyła już męskie ubrania, włosy chciała ściąć później, by Galaspiael nie nabrał podejrzeń.
Odwołał jej treningi, więc większą część dnia spędzała teraz z nim. Wrócił do dawno porzuconej księgi zaklinania, mając nadzieję, że tym razem uda mu się opanować tę sztukę. Pozwoliła mu nawet trenować na sobie, a wyglądało to tak, że po protu skupiał się bardzo mocno, próbując zaklinać jej życiową energię.
Spodziewała się bólu, czegoś w rodzaju naruszenia swojej bariery, ale nic takiego nie czuła. Wręcz przeciwnie, gdy Galaspiael kładł jej ręce na ramionach i zamykał oczy, miała wrażenie, jakby budziła się z wyjątkowo głębokiego snu. Po każdej takiej próbie była wypoczęta i szczęśliwa.
– Nic nie rozumiem. Wtedy wyglądało to inaczej – powiedział sięgając po dzbanek z czystą wodą – Dość przerażająco i czułem, że zrobiłem mu tym dużą krzywdę.
– Dla mnie jest bardzo miło – odparła z uśmiechem przeciągając się i kładąc na podłodze. – Myślę, że gdybyś robił to co wieczór, nie musiałabym w ogóle spać. Czuję się taka... wypoczęta i świeża.
– A ja czuję się wykończony – odsapnął – Chyba po prostu przekazuję swoją energię tobie. W końcu jakiś postęp, ale dlaczego taki marny?
– A co chciałeś zrobić?
– Połączyć się z tobą. Wyczuć twoją energię i związać ją z moją. Tylko to, nie próbowałem nic przesyłać.
– Może wtedy było podobnie? Połączyłeś się z Gyeulem i wysłałeś do niego dużo swojej energii. Ale on jest... martwy. Twój dar pozwala ci panować nad energią życiową, a on jej nie posiada. Dlatego odczuł to tak boleśnie. Przeciwna energia wdarła się do jego pustki i ją wypełniła.
Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, ogarnął ich nieprzemożony chłód. Zrobiło się naprawdę zimno, mimo że na zewnątrz było nadal słonecznie. Niemal krzyknęła ze strachu, gdy drewniana okiennica otworzyła się głośno i uderzyła w ściany. Galaspiael zamarł z kubkiem w dłoni.
– Też to czuję – powiedział uspokajająco – Od kilku dni zrobił się bardziej zuchwały niż zazwyczaj. Przychodzi tu, by straszyć mnie śmiercią. Czasami nawiedza w snach, ale potrafię się obronić. Mimo to, nadal chce się nasycić moim strachem, więc wraca. Najczęściej kiedy jestem sam, wtedy łatwo mu sprowadzić moje myśli na manowce.
– Nie powinien mieć tu wstępu, to twój pałac! Dlaczego nie siedzi w Zakazanej Strefie?
– Siedzi. Nie myśl o nim jak o człowieku, bo przestał już nim dawno być. Pomimo że najwięcej go tam, może się przemieszczać do dowolnych miejsc i używać swoich mocy. Poza Strefą są na szczęście ograniczone, ale i tak jest potężny. Dzięki Nawarinowi wiem już trochę więcej o jego naturze. Nadal jest zbyt niebezpieczny, by rozważać wywabienie go ze strefy i pozbycie się na przykład jakimś rytuałem.
Najtrudniejszym zadaniem, jakiego król się podjął było pozbycie się z Zakazanej Strefy demona ją zamieszkującego. Nie miał w ogóle pomysłu jak zrealizować ten cel i ciągle odkładał go na rzecz innych planów. Aż do otrzymania wiadomości o otwartej wojnie, ten temat nie wracał. Ostatnio jednak Gyeul znów przypomniał wszystkim o swoim istnieniu.
– Może gdzieś jeszcze są wskazówki jak się go pozbyć – podsunęła – Często wydaje nam się, że Sprzysiężenie zniszczyło wszystkie źródła, a jednak co jakiś czas znajdujemy zwój albo księgę z tamtego okresu.
– Nawet jeśli coś takiego ocalało, nie wiemy gdzie tego szukać – odparł smętnie – a nauka sztuk pozwalających na konfrontację z Gyeulem zajęłaby co najmniej kilkanaście lat, patrząc na to, co udało nam się do tej pory osiągnąć... i pomyśleć, że dawniej te umiejętności były czymś powszechnym. Umysły naszych przodków były o wiele chłonniejsze i bardziej otwarte niż nasze. Pomimo istnienia Stowarzyszenia Skrybów ludzie ogłupieli – urwał i zaczął szybko szeptać formułkę wyrytą na talizmanie ochronnym – A on był najwybitniejszym człowiekiem tamtych czasów i nie można o tym zapominać. Budził lęk tym, jak wielką wiedzę posiadł. Gdyby pójść dalej tym tropem, dotarlibyśmy do początków Sprzysiężenia Sprawiedliwych. Idea tej organizacji narodziła się z lęku przed ludźmi podobnymi Gyeulowi.
– Gdyby go nie potępiali, może podzieliłby się tajemnicą wiecznego życia?
– Życia? – powtórzył, a kąciki jego ust zadrżały lekko – To nie jest życie. On udaje, że żyje i sam dobrze o tym wie, dlatego tak desperacko pragnie opuścić to miejsce. A nawet gdyby odkrył coś takiego, wątpię że dzieliłby się z kimkolwiek. Nikogo nie uważał za godnego poznania jego sekretów i to się nie zmieniło do samego końca, Uważał się za boga, nawet gdy był jeszcze człowiekiem.
*
Wiele razy Zarkin próbował walczyć ze swoim lękiem otwartych przestrzeni i całkiem dobrze mu to wychodziło, ale nie gdy był na pałacowym dziedzińcu.
Nie była to typowa otwarta przestrzeń, co wydawało mu się dziwne. Galaspiael wielokrotnie wspominał, jak ciasno jest za murami i że czuje się osaczony, ale on czuł się jak w miejscu, gdzie nie było niczego aż po horyzont. Okropny dyskomfort nasilał się zwłaszcza w nocy.  Zarkin ciągle miał ochotę pochylać się i robić uniki przed strzałami, których nie widział, ale ich świst słyszał za sobą prawie ciągle. Nie rozumiał dlaczego tak się z nim działo i z nikim się tym nie dzielił. Nawet Nailan nie poznała jego sekretu, a była ona jego najbliższą wtedy osobą.
Cieszył się, że Jun wyznaczył za niego zastępcę i kazał przyjść do sali treningowej. Rzadko przebywał w tamtym miejscu, a nie trenował tam prawie nigdy. Jeśli już nie przygotowywał żadnych mikstur, to ćwiczył celność w ogrodzie blisko domu Kaleny.
– Ciągle mi uciekasz, ale w końcu cię złapałem – kapitan uśmiechnął się triumfalnie, gdy Zarkin przekroczył próg i wszedł do sali. – Zawsze jesteś taki cichy, coś robisz na boku, zapomniałem o tobie.
– Wcale nie jestem cichy, po prostu ty kapitanie ciągle trenujesz z Kaleną albo innymi i nie zauważasz mnie – odpowiedział spokojnie.
– Król kazał mi przykładać szczególną wagę do trenowania gwardii, zwłaszcza teraz. Czeka nas wojna. Wszyscy powinni być przygotowani, bo nawet jeśli część gwardii zostanie, będziecie wykonywać o wiele bardziej niebezpieczne zadania niż dotychczas.
– Nie potrzebuję umieć walczyć mieczem, jestem łucznikiem.
– Nie zamierzam cię uczyć szermierki. Skupimy się na zwiększeniu twojej celności. Kiedy strzelasz w jakiś mały punkt, odpowiednie przygotowanie zajmuje ci chwilę.
– Co w tym dziwnego? – prychnął – Dobrze wycelować nie jest wcale tak łatwo, jak może się wydawać.
– Wyszkolonemu i doświadczonemu łucznikowi zajmuje to mniej czasu niż tobie. Nie zamierzam jednak oceniać cię zbyt surowo, dopiero zaczynasz.
– Bez przesady, ćwiczę od kilku lat i idzie mi o wiele lepiej niż na początku – Zarkin umilkł, widząc że Jun ma satysfakcję z tego, jak go zdenerwował – Ale skoro chcesz mi pomóc, to jestem wdzięczny.
– Doskonale. Pokaż co umiesz, a ja ocenię czy jest potrzeba angażować w to Zei'a czy może sam sobie z tobą poradzę.
– On ma mnie trenować? – Zarkin przewrócił oczami. Drugi łucznik w gwardii od zawsze był jego rywalem, chociaż nigdy otwarcie tego nie przyznał.
– Jest od ciebie lepszy – mruknął Jun – Pogódź się z tym wreszcie i przestać zachowywać jak mały chłopiec!
Zarkin wyjął z kołczanu strzałę i wycelował.  Chciał zrobić to szybciej niż dotychczas, jednak przez to nie trafił w środek tarczy. Zacisnął usta i spojrzał na kapitana.
– To była tylko rozgrzewka.
– Strzelaj tak jak zawsze – upomniał go.
– Mówiłeś, że mam się uczyć strzelać szybciej.
– Tak – kiwnął głową – na polu bitwy nikt nie będzie na ciebie czekał. Ale od czegoś trzeba zacząć. Pokaż mi, co opanowałeś do tej pory, nie próbuj niczego nowego.
Tym razem trafił, ale mierzył o wiele dłużej. Starał się trafić dokładnie w środek, do tego obecność Juna, który ciągle patrzył mu na ręce działała rozpraszająco. Zachęcony obrał sobie nowy cel. Kolejna strzała wyleciała ze świstem i wbiła się pomiędzy dwie włócznie stojące pod przeciwną ścianą.
– Pewnie już wielokrotnie ci mówiono, jak imponująca jest twoja celność – mruknął Jun, gdy chłopak spojrzał na niego wyczekując pochwały.
– Niejeden raz – przyznał nieskromnie – przyzwyczaiłem się już do tego, że robi to na ludziach wrażenie. Są zszokowani z jaką łatwością potrafię zabijać.
– Ojej, naprawdę? – zakpił – W takim razie, dla twojego własnego bezpieczeństwa, nie będziemy cię niczego uczyć. Zauważyłem już wcześniej, że nie masz żadnego szacunku dla życia, gdybyś stał się lepszy niż jesteś teraz, mogłoby ci się pomieszać w głowie.
– Skoro już zmarnowałem tyle czasu może chociaż spróbujecie? Jeśli mam być szczery, nie sądzę, by Zei mógł mnie czegokolwiek nauczyć, ale nic nie tracę zgadzając się na te treningi. Pomiesza mi się w głowie, ale będziecie mieli dobrego łucznika. Najwyżej zginę na wojnie i znajdzie się jakiś nowy.
Jun zaśmiał się, ale zaraz spoważniał i spojrzał Zarkinowi w oczy
– Zbyt lekko mówisz o śmierci, młody przyjacielu. Może się to poważnie odbić na twojej przyszłości.
– Nie boję się śmierci – odparł równie poważnie – Nie boję się patrzeć jak inni umierają, ani zabijania. Tak samo nie boję się umrzeć, bo gdy się umiera, wszystko staje się obojętne.
– Pomyśleć, że zawsze miałem cię za tak spokojnego młodzieńca... Masz wiele wspólnego z Zei'em, polubicie się, jeśli przestaniesz widzieć w nim tylko rywala, którego należy pokonać.
*
W całej Kagolanii trwały przygotowania do wojny. Galaspiael otwarcie oświadczył, że nie da się już nic zrobić. Wszystkie próby negocjacji spełzły na niczym, chociaż nawet po oficjalnej wiadomości z Sekanii próbowano jeszcze raz podjąć działania. Nie można było jednak dłużej zwlekać.
Kagolański dynamit przestał już być sekretem. Produkcja została przeniesiona z domu Kaleny do innego miejsca, które szybko przekształciło się w prawdziwą fabrykę. Codziennie powstawało czterysta sztuk śmiercionośnej broni, ale to i tak było za mało, biorąc pod uwagę, co Galaspiael sobie założył wcześniej. Dynamit miał być bronią ostateczną, ale postanowiono, że gdy tylko Madegald otorzy ogień, będzie można go używać bez rozkazu.
Niby to miała być tylko walka w czasie sojuszu, ale przygotowywał się na nią, jakby przeczuwał, że nie wróci. Zadania które powierzał swoim gwardzistom przypominały ostatnią wolę. Oddał Kalenie część swoich projektów, prosząc by spróbowała je ukończyć. Potem całkowicie stracił zainteresowanie czymkolwiek niezwiązanym z bitwą i wspominał o niej praktycznie ciągle.
Kalena została wysłana do Velikanii. Wiedziała, że zrobił to specjalnie, by nie myślała o tym, by dołączyć do armii. Był nieustępliwy, wszystko zaplanował tak, by wyjechała akurat w dzień wymarszu wojska.
Tak więc wyruszyli w drogę razem, później jednak miała skręcić na drogę do Velikanii, a on razem z orszakiem miał się udać pod granicę sekanijsko-madegaldzką. Po drodze oddziały z innych miast miały się przyłączać, więc armia powiększała ciągle swoją liczebność.
Kiedy kazał się zatrzymać, a sam odjechał na bok, wiedziała, że nadszedł czas na pożegnanie.
– Powinnaś jechać tędy – powiedział cicho, wskazując na drogę po swojej prawej stronie. – Kiedy przekażesz wiadomość, możesz wracać i... nie myśl o tym. Przynajmniej spróbuj się nie zadręczać. Może jedź do Yagn-Sho albo...
– Wrócę do domu – odparła – Kiedy Zarkin wyjedzie, będę musiała sama o niego dbać.
– Na pewno dasz sobie radę.
Kalenie oczy zaszły łzami. Gest pożegnania wojowników wydawał jej się taki zimny. Miała ochotę przytulić się do Galaspiaela, ale wiedziała że nie może.
– Proszę, uważaj na siebie – szepnęła i właśnie w tym momencie głos jej się załamał.
– Proszę, nie opłakuj mnie jeszcze za życia, jak moja żona... –  dotknął jej naszyjnika – Pamiętam kiedy ci to dałem. Dzień wyznania w Yagn-Sho. Miło że go nosisz. Do zobaczenia Kaleno. Niedługo wszystko będzie jak dawniej.
Było jej bardzo ciężko się nie rozpłakać, ale dała radę. Dopiero kiedy miała pewność, że odjechała wystarczająco daleko, pozwoliła sobie na płacz.
Nie wiedziała czy kłamał wtedy, gdy mówił że się martwi, czy wtedy gdy uspokajał wszystkich i powtarzał jaka to będzie łatwa bitwa. Miała wrażenie, że wcale tak nie będzie, że jednak coś się stanie. Żadna bitwa, o której się uczyła nie była łatwa. Zawsze ktoś ginął, zawsze były straty. Wojna nigdy nie była łatwa, Galaspiael kłamał.
Czuła się tak źle, że w pewnym momencie musiała się zatrzymać. Miała nieodparte wrażenie, że stanie się coś złego, już niedługo i jednocześnie ona sama powinna być w całkowicie innym miejscu.
Nie powinna jechać do Velikanii... albo Madegald nie powinien wypowiadać wojny Sekanii. Było tak źle, tak całkowicie inaczej, a ona nie potrafiła tego zaakceptować. Trzy ostatnie lata minęły niemal beztrosko. Wiedziała co się dzieje na świecie, ale jednak w Kagolanii było tak spokojnie. Zarkin wspominał o tym, co widział w Madegaldzie, ale jednak rozmawiali o tym tak często i nic się nie działo, że w sumie nauczyli się z tym żyć. Wojna była jak jakaś straszna historia powtarzana wszędzie, ale nie prawdziwa. A nagle wszystko stało się realne tak bardzo, że aż boleśnie. Bardzo nie podobało jej się to uczucie i bała się, że nigdy już nie wróci do normalnego życia.
Przerwa trwała długo, nie chciało jej się ruszać w dalszą drogę, przez to podróż do Velikanii wydłużyła się o cały dzień.
Jin-Si nie była uprzedzona o jej przyjeździe, donieśli jej o tym służący. Zatrzymała Kalenę, gdy ta oddała już wiadomość królewskiemu doradcy i kierowała się do bramy wyjściowej.
– Dobrze, że jesteś! Nienawidzę go! – krzyknęła i wytarła opuchnięte od płaczu oczy.
– Kogo?
– Setha! Zostawił mnie samą i pojechał na tę wojnę. Mam nadzieję że nie wróci! Żaden mężczyzna mnie jeszcze tak nie upokorzył! Myślałam, że naprawdę mnie kocha, a on cały czas kłamał mi w oczy! Do końca nie powiedział kim naprawdę jest.
– Przecież wiedziałaś – Kalena odsunęła ją od siebie na długość ramienia – Ja ci o tym pisałam, pamiętasz? Nie rozmawiałaś z nim o tym od tamtej pory?
– Nie. Chciałam, żeby sam mi się przyznał i czekałam naprawdę długo. Wmawiałam sobie, że może jednak ma powód, że się wstydzi albo boi... a on takie coś. W ostatniej chwili przed swoim wyjazdem! – Księżniczka odetchnęła głęboko i zacisnęła usta w wąską linię. – Będzie pomagał swoim braciom, którzy mają go za zdrajcę. A obiecał, że nigdy mnie nie zostawi! Mówił, że będzie walczył z Darmeonem o moją rękę, a ja mu głupia wierzyłam... Ale już nie chcę.
Kalena ze wszystkich sił starała się zachować spokój.
– Skoro jest księciem, to przecież mógłby z nim konkurować, gdy wróci.
– Ale ty naprawdę nie rozumiesz tak? Może być nawet cesarzem, nie obchodzi mnie to. Koniec z nami! Nie dość że do końca trzymał swój sekret w tajemnicy, a i tak ciężko mi było to z niego wydusić, to jeszcze idzie walczyć przeciwko Galaspiaelowi. Kiedy wojna się skończy nie będzie się mógł pokazać ani tu ani w Kagolanii – urwała widząc, że Kalena wyraźnie się zmartwiła – Długo zostaniesz?
– Raczej powinnam już wracać – odparła – Zarkin niedługo wyruszy, a ja zostanę w domu, okropnie się z tym czuję.
– Rozumiem cię. Też chciałabym iść walczyć, ale trochę się boję. A ty byś się nie bała, gdybyś miała iść?
– O wiele bardziej boję się siedząc tak bezczynnie. Gdybym mogła brać w tym czynny udział, nie martwiłabym się tak  – parsknęła – Król prosił mnie, żebym dołączyła do grupy ludzi, której zadaniem jest ratować mu życie, a gdy byłabym najbardziej potrzebna, kazał mi zostać w domu. Co za głupota! W takim razie, po co byłam w tej gwardii?!
Szybko się pożegnały. Kalena chciała, by ten wyjazd zajął jej jak najmniej czasu, zastanawiała się jednak co zrobi, gdy już wróci. Najprościej byłoby się zbuntować i wyruszyć samotnie do Sekanii, jednak wiedziała, że na miejscu też będzie potrzebna. Póki co musiała wrócić do domu i wszystko przemyśleć.
A przede wszystkim przełknąć fakt, że Galaspiael był w Sekanii, a nie tam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz