piątek, 28 lipca 2017

Rozdział 34 - Uczniowie Sprzysiężenia Sprawiedliwych

Im dalej w głąb Madegaldu, tym bardziej Zarkin sobie uświadamiał, że powinien był bardziej przykładać się do nauki języka. Żałował, że porzucił go zaraz po ukończeniu szkolenia.
Najbardziej denerwowała go konieczność tłumaczenia ludziom z którymi rozmawiał, co miał na myśli. Madegaldczycy byli uprzejmi, ale zawsze miał wrażenie, że są zakłopotani jego obecnością i traktują jak kogoś, po kim można się spodziewać wszystkiego.
Enila nie znajdowała się daleko. Po tygodniu był już na miejscu, jednak miał wrażenie, że znalazł się na drugim końcu świata. Miasto było całkowicie zamknięte na wszelkie wieści z zewnątrz inne niż te dozwolone przez Sprzysiężenie Sprawiedliwych, które niedaleko miało swoją kwaterę. Yagn-Mao nie było ukryte, w przeciwieństwie do Yagn-Sho. Wiedziony ciekawością chciał znaleźć kogoś, kto pozwoli mu zwiedzić to miejsce.
Niektórzy byli nim bardzo zafascynowani. Odważniejsi podchodzili i pytali skąd przybywa albo jaki jest cel jego podróży. Odpowiadał zawsze zdawkowo, wmyślając jakąś historyjkę.
Tak się złożyło, że niedługo po przyjeździe miał okazję poznać bliżej jednego Sprzysiężonego, Raiana. Nie powiedział mu że pochodzi z wrogiego ugrupowania, chociaż nie ukrywał, że wie więcej, niż przeciętny podróżnik.
Poznali się w dość osobliwy sposób. Zarkin został powiadomiony przez właściciela domu, w którym wynajmował pokój, że po tygodniu pobytu powinien zapłacić podwójnie albo wyprowadzić się. Raian zaproponował mu wtedy, że zabierze go ze sobą, do zajazdu prowadzonego przez jego rodziców. Na początku ta propozycja mu się nie spodobała, zwykle podchodził do takich bardzo nieufnie, ale zgodził się po dłuższych namowach, jednak z pewną dozą ostrożności.
Raian dopiero zaczął naukę w Sprzysiężeniu Sprawiedliwych i był bardzo ciekawy świata. Dlatego też bardzo dużo czasu spędzał rozmawiając z nim. Nie przeszkadzały mu zupełnie trudności językowe. Nie był źle nastawiony do obcych, dzielił się wiedzą jak młody Skryba i bardzo zazdrościł swojemu gościowi możliwości podróżowania. Obiecał nawet zabrać go do Yagn-Mao, ale później wydawało się, że zapomniał o tym.
Głównym zadaniem Zarkina było gromadzenie informacji o nadchodzącej wojnie, do czego miał zamiar przystąpić, gdy nabrałby pewności, że nowy znajomy ufa mu już dostatecznie. Raian ubiegł go jednak pewnego dnia. Wrócił do domu i od razu zapukał do pokoju Zarkina.
– Niedługo nastąpi objęcie władzy przez Jego Cesarską Wysokość Naimoora. Będzie dużo festiwali, nawet tutaj planują coś urządzić. Zostaniesz?
– Czy on nie był już koronowany? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
 Chłopak kiwnął głową zakłopotany.
– Jego Cesarska Wysokość teraz uzyska pełnię władzy. Podczas koronacji dostaje on wtedy dopiero część praw, a później, po tym jak dusza starego cesarza wejdzie w zaświaty, ceremonia zostaje zakończona.
– Strasznie dziwne te zasady – stwierdził – a co zrobi po tym jak już będzie w pełni cesarzem?
– Pewnie to co planował, zaatakuje At'insha. Tak dzisiaj mówili mistrzowie.
– Ach – Zarkin jak tylko mógł, starał się wyglądać na obojętnego – A wcześniej podbije Sekanię, żeby uzyskać dostęp do morza?
– Skąd wiedziałeś? – Raian uśmiechnął się promiennie – Jesteś dobry w zgadywaniu.
– Nie trudno się tego domyślić. Jak inaczej dostaniecie się do At'insha? Z wiatrem? W sumie, Galaspiael podobno miał kiedyś plany stworzenia maszyny latającej, ale nie wiem czy mu się udało. Może udałoby się wam go przekonać do współpracy, oddając połowę cesarstwa Kagolanii.
– Kim on jest?
Zarkin zaczął z nieukrywaną wyższością opowiadać mu o Galaspiaelu, Jin-Si i prawie wszystkich swoich rówieśnikach z Yagn-Sho. Wspomniał o Zakazanej Strefie, Astinii i paru innych miejscach, nadal ukrywając że pochodzi ze Stowarzyszenia Skrybów. Raian chłonął jego słowa rozmarzony, ale nie przerwał ani razu.
– Spotkałeś jeszcze kiedyś tego upiora?
– Na szczęście nie. Ale Kalena przebywa z nim co dzień. Galaspiael jest do niego bardzo podobny.
– Chciałbym żyć jak ty – wyznał – i kiedyś będę! Też wyjadę i zwiedzę cały świat! Jeśli nadal chcesz, mogę zabrać cię jutro ze sobą do szkoły, ale musisz się przebrać. Przyniosę ci szaty ucznia i wejdziesz ze mną do wszystkich sal.
– Nagle zmieniłeś zdanie?
– Wtedy nie mogłem – wykręcał się – ale chcę się odwdzięczyć za to, że tak mi dużo opowiedziałeś.  Zobaczysz, że Yagn-Mao jest pięknym miejscem.
*
Wcześnie rano oboje wymknęli się ubrani w żółte szaty z pomarańczowymi wszyciami. Zarkin nie zgodził się ogolić głowy, więc Raian kazał mu założyć czapkę.
Zajęcia rozpoczynały się nieco później, ale uczniowie zawsze przychodzili jak najszybciej, by móc powtarzać materiał. W kwaterze spali tylko ci spoza miasta, reszta mogła wracać na noc do domów.
Yagn-Mao różniło się od kwatery Skrybów przede wszystkim tym, że większa część była zamknięta przed uczniami. Najmłodsi adepci, tacy jak Raian, mieli do nauki tylko dwie sale. Pokoje sypialne dzielili po pięć, maksymalnie dziesięć osób. Całość zaplanowano tak, by utrzymać ich na jak najmniejszej powierzchni. Jeden mistrz mógł też brać pod opiekę grupę uczniów, a nie tylko jednego. Przyszli wojownicy, szpiedzy i zabójcy szkolili się osobno i nie uczono ich pisać ani czytać.
Zarkin nie mógł poskromić swojej ciekawości i poprosił Raiana, by po zajęciach poszli do niedozwolonej części, ale ten nie chciał się zgodzić. Chłopak zdołał wymknąć się sam, gdy nastąpiło małe zamieszanie z listą obecności.
Przeszedł do części dla starszych uczniów bez problemu. Ktoś zostawił klucz w zamku przy przedzielającej korytarz kracie. Trwały akurat zajęcia, więc w pokojach mieszkalnych nie było nikogo
Dalej niestety nie mógł pójść bez klucza. Nie wiedział czy ma czekać na jakiegoś Sprzysiężonego, czy może głębiej zbadać część dla uczniów. Nie chciał łatwo dać za wygraną, marzyło mu się wejście do tej najbardziej strzeżonej części kwatery Sprzysiężenia i poznanie jego sekretów, ale wiedział, że nie powinien aż tak ryzykować.
Jego rozmyślania zakłóciła wesoła rozmowa. Kilku uczniów-wojowników wracało właśnie z treningu rozmawiając dość głośno o tym, kto kogo pokonał. Nie zdążył się schować, zanim dotarli do miejsca w którym stał.
– Ej młody – najwyższy chłopak bardzo podobny do Setha dostrzegł go jako pierwszy i zwrócił uwagę całej grupy. – Nie powinieneś teraz być na lekcjach?
– Ja... – zastanawiał się jakie ma wymyślić kłamstwo – na razie mam wolne.
– I tak wydaje mi się, że nie powinno cię tu być.
– Wiecie, pomyślałem sobie, że skoro już niedługo i tak będę uczyć się w tej części kwatery, to zwiedzę ją sobie trochę.
Jego odpowiedź wywołała salwę śmiechu.
– Widać że jesteś jeszcze świeży – stwierdził trochę niższy chłopak, o nieco jaśniejszej karnacji – Chcesz sobie pozwiedzać, to chodź z nami. Zwykle nie bierzemy młodszych, ale skoro wszedłeś tutaj, musisz mieć w sobie coś więcej niż zwykłe Papirusy.
– Kto?
– On jest naprawdę świeży! – stwierdził uśmiechając się do kolegów – Nie wiesz? Papirusy to wy. Ci którzy ciągle siedzą w książkach i w ogóle się nie ruszają. Naprawdę, skąd ty się urwałeś?!
– Mówiliście coś o zwiedzaniu... – podsunął.
– Oczywiście! Chcemy się wybrać za kraty mistrzów. Wiesz co to znaczy, czy też ci muszę tłumaczyć?
– Domyślam się – odburknął już lekko zirytowany – macie klucz?
– Zabraliśmy swojemu mistrzowi wczoraj wieczorem. My, to znaczy Zao, Bosu, Kai – wskazywał po kolei – i Ceshi, czyli ja. To jak, idziesz czy się boisz?
– Głupie pytanie, oczywiście że idę, po to przyszedłem! Otwieraj!
Chłopak kucnął przy małym zamku, ale po chwili zawahania oddał mu klucz.
– Podobno ściany są nasączone trucizną, która wyczuwa ludzki strach. Jeśli wejdziesz do środka, chociażby z trochę mocniej bijącym sercem, mury będą wiedziały, że nie powinno cię tu być i zgubisz się na zawsze w podziemnym labiryncie. Wolimy nie ryzykować i nie zabierać tchórza.
– Ale bzdury! – Zarkin szybko otworzył i wszedł do środka. – Nie ma takiej trucizny. Byłaby zupełnie niepraktyczna, co jeśli jakiś mistrz spieszyłby się i wszedł tu biegnąc wcześniej przez korytarz? Też by go wciągnęło do labiryntu?
– Nie spotkałem dotychczas tak odważnego Papirusa. – Bosu pokiwał głową z uznaniem. Idziemy.
W ciemnym korytarzu wszystkie drzwi, jakie napotykali były przed nimi zamknięte. Zarkin za wszelką cenę starał się, aby do końca brali go za jednego z nich. Na pytania odpowiadał zdawkowo, starając się naśladować madegaldzki akcent Raiana.
Był zły, że w takiej chwili na drodze wszędzie stoją mu zamknięte drzwi, a jednocześnie szczęśliwy, że jako jedyny Skryba ma szansę tam być. Szukał czegoś małego, co mógłby łatwo schować do kieszeni i zabrać jako pamiątkę, gdy nagle ktoś mocno go szturchnął.
– Co tu masz? – Zao chwycił za jego nóż i wyciągnął go. – Papirusom nie wolno takich posiadać, jest za duży.
– Oddaj to! – zażądał dość głośno, co wprawiło ich w zdenerwowanie. Wiedzieli, że jeśli zacznie krzyczeć, zostaną złapani.
Chłopak pokręcił głową i zamachnął się chcąc go zranić. Zarkin nie miał wyboru, musiał się bronić. Zrobił unik i wyrwał tamtemu swoją broń. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, w jakim jest beznadziejnym położeniu. Ich było czterech, a on jeden.
– Od początku nie wyglądałeś mi na zwykłego ucznia i proszę! Umiesz walczyć. Nie wiem kto cię szkoli, ale na pewno zaciekawi go ta informacja.
– Dobra! – Zarkin odsunął się i wyciągnął rękę w pojednawczym geście – Rozgryzłeś mnie. Kiedyś już byłem uczniem Sprzysiężenia, ale w innej profesji. To nie było tutaj, szkoliłem się w innej kwaterze – dodał szybko – proszę, nie mówcie o tym nikomu. Umiem dobrze strzelać z łuku, jeśli chcecie, mogę wam pokazać parę sztuczek.
Młodzi Sprzysiężeni spojrzeli po sobie i przytaknęli.
– Niech ci będzie. Przyjdź wieczorem na dziedziniec i nie wykręcaj się, będziemy na ciebie czekać. Może do tego czasu uda się nam znaleźć chociaż jeden klucz do tych drzwi. Podobno za jakimiś jest kuchnia, dwa razy większa od tej naszej!

*

– Jesteś pewna że tego chcesz?
– Jestem.
Galaspiael odsunął się na krześle i zaczął szukać czegoś w kieszeniach. W końcu przeniósł wzrok na stolik pod ścianą.
– Podaj mi sztylet, leży tam.
Mimowolnie zadrżała, gdy o to poprosił. Wzięła do rąk jego mały, ale ostry sztylecik, który zawsze chował pod poduszką przed zaśnięciem i podała mu. Przysunął sobie świecę i zaczął przypalać ostrze.
– Czy to jest konieczne? – zapytała czując lekki strach – z tego co wiem wystarczy po prostu przeciąć.
– Nie będzie gorące. Czytałem o tym kiedyś i wiele razy uratowało mi życie. Zawsze, gdy będziesz chciała zrobić coś, co wymaga przecięcia skóry sobie, lub komuś innemu, musisz przygotować narzędzie w ten sposób – wstał i otworzył drzwi, za którymi czekał sługa – Przynieś mi spirytus i czysty bandaż.
– Coś się stało panie?
– Na razie nie, ale lepiej być ubezpieczonym – odparł wymijająco – pospiesz się!
Wrócił na swoje miejsce, by dokończyć opalanie ostrza. W końcu, ku jej zdziwieniu, wsunął rękojeść w jej dłoń.
– Gotowe. Do dzieła!
– Nie, ja nie mogę! – zaprotestowała tak, jakby namawiał ją do sprofanowania jakiejś świętości. – To ty powinieneś.
Uśmiechnął się i pokręcił głową przecząco.
– Czy jestem twoim panem, Kaleno?
– Tak! – odłożyła sztylet – Jesteś królem i...
– Inaczej – przerwał i spojrzał jej głęboko w oczy – Czy uważasz się za moją niewolnicę?
– Nie...
– Właśnie Od dawna jesteś już wolną kobietą. Możesz decydować o sobie i swoim ciele. Chcesz usunąć piętno, więc zrób to.
Z powątpiewaniem popatrzyła na swoje ramię. Piętno wypalał pan i tylko pan powinien je usunąć. Wiele razy już to słyszała. Każdy niewolnik traktował swój znak jak dokument, którego można było się wstydzić, można było chcieć zakryć, ale nie można było w żaden sposób naruszyć. Nie wiedziała dlaczego, tak miała po prostu zakodowane od dzieciństwa, jak każdy.
Powoli, bardzo powoli przyłożyła ostrze do ramienia i lekko nacisnęła. Zaraz poczuła piekący ból. Sztylet był bardzo ostry. Zaciskając powieki przecięła nieco głębiej. Druga szrama okazała się być o wiele bardziej bolesna, aż stanęły jej łzy w oczach.
Spojrzała na swoje dzieło, z którego nadal ból pulsował na całą rękę. Kiedy rana się zabliźni piętno nadal pozostanie widoczne. Będzie to jednak zwykła blizna, nie da się już z niej odczytać pochodzenia, ani niczego innego.
Wrócił sługa z bandażem
– Przyłóż sobie na razie chusteczkę, zaraz zrobię ci opatrunek – Galaspiael rozwinął biały materiał i parsknął śmiechem – Patrz Kaleno, starczy na całą twoją rękę i jeszcze obie nogi!
– Mogę przynieść krótszy – mężczyzna zaoferował, nie wiedząc jak ma odebrać jego reakcję.
– Owiń mi całą rękę – poprosiła – to może Jun będzie dla mnie łagodniejszy przez ten tydzień.
– Sprytny plan. Dziękuję – zwrócił się do służącego – możesz odejść.
Wiele osób wiedziało o ich przyjaźni, jednak nie mogła nic poradzić na to, że zawsze czuła się niezręcznie, gdy przychodził ktoś ze służby. Ten człowiek nawet nie podniósł na nią wzroku, w obawie by przypadkiem nie spojrzeć na Galaspiaela. Gdy ludzie traktowali go z taką czcią, zastanawiała się co myślą o niej; osobie która siedzi przy nim, o wiele bliżej niż powinna. Jak dotąd nie usłyszała żadnych docinków, ale przeczuwała, że to tylko kwestia czasu.

1 komentarz:

  1. Świetna scena z usuwaniem piętna, bardzo symboliczna. Opowiadanie nabiera kształtu.

    OdpowiedzUsuń