środa, 19 kwietnia 2017

Rozdział 26 - Sekanijski targ

Na sekanijskim targu można było znaleźć praktycznie wszystko. Galaspiael i Kalena wybrali się tam korzystając z dnia wolnego, który tak naprawdę był tu ograniczony tylko do kilku popołudniowych godzin. Nie było czasu do stracenia, bez wytchnienia przeciskali się przez tłum w poszukiwaniu czegoś interesującego.
– Moja uczennico, dziś nauczę cię tajemnej sztuki targowania się – oznajmił jej – to jest bardzo proste. Najważniejsze żeby pokazać, jak bardzo wszystko jest ci obojętne, nawet jeśli chciałabyś to kupić. Zawsze zachowuj się tak, jakbyś przechodziła tylko przypadkiem, zobaczyć czy to tu ceny są niższe, czy może na straganie obok. Kiedy kupcy widzą, że zarobić może konkurent, stają się o wiele bardziej ugodowi
– Patrz ile tu pięknych rzeczy – Kalena przesuwała wzrok podziwiając wszystko, co widziała i całkowicie nic nie robiąc sobie z jego uwag. Dał jej trochę pieniędzy, by kupiła sobie pamiątkę. Mieszkańcy Kagolanii z każdej podróży przywozili sobie coś związanego z miejscem, do którego się udali. To był jeden z niewielu zwyczajów, które podobały się księciu.
Słońce wyszło zza chmur i musiała mrużyć oczy. Na chwilę zgubiła Galaspiaela, bo ludzie jak na złość szli bardzo blisko niej. Ciągle ktoś ją popychał i poszturchiwał.
– Gdzie oni tak pędzą?!
– Przyjechali handlarze niewolników – odparł posępnie – chodź stąd, pójdziemy w spokojniejsze miejsce. Miałem zrobić większe zakupy, a jak na razie mamy tylko jedzenie.
– Może już wracajmy? – podsunęła.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Zaczęła się rozglądać wypatrując tych handlarzy. Zdawało jej się, że usłyszała świst rzemieni i czyjś przeraźliwy krzyk. Galaspiael znalazł jakąś księgę i teraz zaczął się o nią targować. Ktoś w tym momencie usłyszał właśnie ile warte jest jego życie.
Stała tak bez ruchu, zastawiając się, czy uda mu się tego zakazać i doszła do wniosku, że nie potrafi sobie tego wyobrazić.Właściwie to tylko on, jako jedyny całkowicie nie akceptował niewolnictwa. Różni ludzie z którymi miała okazję porozmawiać byli po prostu przeciwko okrutnemu traktowaniu niewolników. Niektórzy zdobywali się na wyzwolenie jakiegoś, ale na jego miejsce zaraz kupowali nowego. On zachowywał się, jakby przybył z całkowicie innego świata. Narzucił sobie wielkie wyzwanie i uparcie chciał mu sprostać. Mimo wszystko wierzył, że to jego tok myślenia jest właściwy i zdołał zafascynować ją swoimi ideami. Ale zwątpiła w nie widząc jak tłum szybko popędził do handlarzy.
– Co powiesz na to? – wyrwał ją z zamyślenia pokazując czarne pudełko z wymalowanym na wieczku smokiem – Podoba mi się.
– Jest za duże, nie zmieści mi się do żadnej kieszeni.
– Do mniejszego nic nie włożysz.
– Skąd w ogóle pomysł, że chcę kupić pudełko?
– Jak nie chcesz, to ja je kupię – odpowiedział wzruszając ramionami – Pójdziemy zaraz kupić pieczonego kurczaka, głodny jestem.
*
Trochę dalej Mei patrzyła jak Zarkin wybierał sobie nowy sztylet. Zgodziła się z nim iść i coś doradzić, choć tak naprawdę nie rozumiała co jest nie tak ze starym sztyletem i dlaczego ten nowy ma być lepszy.
Cały czas starali się krążyć blisko mistrza Aymona, ale tak jak wcześniej nie zauważyli niczego podejrzanego, oprócz tego że mężczyzna co jakiś czas rozglądał się jakby kogoś szukając.
Po kilku minutach targowania się Zarkin zapłacił trzysta sekanijskich Saarów za wybrany przez siebie sztylet z obszywaną skórą rączką i lekko zakrzywionym ostrzem.
– Teraz będę miał dwa – tłumaczył dziewczynie – albo ten stary dam tobie jeśli będziesz chciała?
– Ale wybrałeś łuk jako swoją broń panie – zauważyła.
– Tak – Zarkin powoli pokiwał głową – ale łuk i strzały są przydatne tylko gdy przeciwnik jest oddalony na pewną odległość. Gdyby ktoś wyskoczył na mnie zza rogu, bez sztyletu nie mógłbym sobie poradzić, shen jest dla mnie zupełnie nieporęczny. Sprzysiężeni też mają takie nożyki, prawda?
– Tylko nieliczni – odparła – ci których nie dopuszcza się do nauki walki. Używają ich do obrony kiedy muszą. Niezbyt często zabijają nimi ludzi.
– Tam sprzedają ryby. Masz ochotę?
Dziewczyna nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo nagle ktoś zasłonił jej dłonią usta i pociągnął za sobą. Odwrócił się słysząc jej stłumiony krzyk. Mei ugryzła napastnika w palec i kopnęła go w piszczel.
Zarkin złapał za jego kaptur. Mężczyzna miał twarz zasłoniętą czarną chustą. Odpowiedział na jego atak puszczając dziewczynę. Sięgnął po broń, Zarkin jednak był szybszy i z całej siły wbił sztylet w jego bok. Poczuł między palcami ciepłą krew i zakręciło mu się w głowie. Czyjaś ręka szarpnęła go za ramię.
– Uciekajmy! – Mei pociągnęła go za sobą – co robisz?! – krzyknęła widząc że ciągle odwraca się
– Zabiłem go... – wyszeptał
– Później będzie czas na wyrzuty sumienia. To był szpieg Sprzysiężenia Sprawiedliwych – wyjaśniła rozglądając się na boki. – Inni szpiedzy pewnie są gdzieś niedaleko, musimy zejść z głównej ulicy, inaczej będą za nami szli i w końcu dopadną.
Myślał że wyjdą z targu, ale ona poprowadziła go jeszcze bardziej w głąb tłumu. Szli przeciskając się szybko, co jakiś czas też poszturchując przechodniów. Słyszał za sobą pomruki niezadowolenia i przekleństwa. Nie mógł skupić na niczym wzroku, więc patrzył na ziemię, uważając by się nie potknąć.
Nagle skręcili, a ona dalej ciągnęła go za rękę. Poczuł jak wzbierają w nim dziwna złość. Zakrwawiony sztylet nadal był w jego dłoni, miał ochotę użyć go po raz kolejny, co go dodatkowo przeraziło. Bał się samego siebie. Odebranie życia było aż zbyt łatwe.
– Wejdź na dach – nakazała. Bez namysłu spełnił polecenie, a ona w tym czasie zaatakowała kolejnego, identycznie ubranego napastnika.
Pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to że walczy zadziwiająco dobrze, nawet bez żadnej broni. Na moment wstrzymał powietrze, gdy wskoczyła na szpiega. Był pewien, że teraz łatwo skręci mu kark, ale zdążył ją z siebie zrzucić.
Wyjątkowo często używała nóg. Jej styl walki był całkowicie inny od tego, który widział w Yagn–Sho. Jeszcze raz uderzyła przeciwnika w głowę, tak że zwalił się na ziemię nieprzytomny.
– Nie ma czasu – powiedziała wspinając się po drewnianych skrzynkach na niski dach przydomowej komórki – Musimy się ukryć.
– Dlatego weszliśmy na dach? Ja chcę wrócić do domu, puść!
Nie odpowiedziała, tylko znów chwyciła go za rękę. Zeskoczyli na przydomowe podwórko.
– Posłuchaj mnie – złapała go za koszulkę – wiem że się boisz, ale musisz być cierpliwy. Zaufaj mi, nic się nie stanie. – zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych szpiegów – chodź tam – popchnęła go w stronę komórki na narzędzia.
– Nie wiem dlaczego się na nas uwzięli, ale wygląda to dość poważnie. Nie możemy wrócić do kwatery z ogonem – zamarła widząc, że na dach weszło trzech mężczyzn i odsłoniła mu małe okienko.
– Zauważą nas tu? – szepnął.
– Nie powinni. Są na widoku, dlaczego nie strzelasz?
– Nie mam czym – wyjaśnił i zacisnął nerwowo usta czując na sobie jej karcące spojrzenie – nie wziąłem strzał, nie sądziłem, że będą mi potrzebne!
– Panie, powiedz mi, jaki jest sens noszenia ze sobą łuku, skoro ma się pusty kołczan?! – dziewczyna westchnęła – Musimy po prostu poczekać tutaj aż zrobi się ciemno. Jeśli będzie trzeba wyjdę pierwsza i dam im fałszywy trop. Trzeba będzie jakoś skontaktować się ze Stowarzyszeniem i powiedzieć im o tym – przerwała i zerknęła na niego widząc, że jej nie słuchał – panie, co ci jest?
– Ty go nie zabiłaś – wycedził – a ja tak. Kolejny raz zabiłem człowieka.
– Człowieka, który nie zawahałby się przed zabiciem ciebie. Broniłeś siebie i mnie.
– Dlaczego mnie okłamałaś że nie umiesz walczyć? – zapytał podnosząc głowę.
– Bo nie umiem. Nikt nigdy mnie nie uczył i uważam, że nie nadaję się do tego. Jestem dość zwinna i to wszystko.
– Zwinna – powtórzył i zaśmiał się nerwowo – kopnęłaś go w twarz.
– Broniłam swojego pana – usiadła obok i przeczesała palcami jego włosy – już w porządku. Postaraj się uspokoić.
Kalena i Galaspiael wrócili akurat wtedy, gdy dziewczyna musiała iść na popołudniowe zajęcia. Kupili mnóstwo książek, starych i nowych. Ani razu jednak nie zobaczyli typowego straganu z książkami. Nowsze były sprzedawane tam, gdzie chodziły bogate sekanijskie kobiety, a starymi poplamionymi i praktycznie niemożliwymi do odczytania handlowali ubożsi kupcy. Nie rozumieli wartości tego towaru i choć rządami czasem bardzo wysokich sum, Galaspiael i tak stwierdzał, że było to warte kilkukrotnie więcej.
Tak jak jej opowiadał, większość ludzi mających styczność z książkami traktowała je jako dodatek, bardzo ekstrawagancką ozdobę. Zdawali sobie sprawę, że powinni żądać za nie trochę więcej, bo są z jakiegoś powodu cenne, ale tak samo jak dzicy poszukiwacze, nie wiedzieli ile tak naprawdę.
Kolację zjedli w środku nocy. Wyszło na to, że Kalena nie kupiła pamiątki, tylko jedzenie. Podobnie jak w Kagolanii, także tu można było dostać wiele przekąsek na ulicach. Z tą różnicą, że tu wszystko było słone i zaraz zachciało im się pić. Cały zapas wody zużyli jednak poprzedniego dnia, więc wybrali się do stojącej nieopodal studzienki i tam zastał ich Rikken.
– Nie wiecie dlaczego Zarkin jeszcze nie wrócił? – zapytał rozglądając się w poszukiwaniu swojego ucznia. – Od rana go nie widziałem, a zawsze był dość punktualny, co by nie mówić.
– Nie było go dziś na wieczornych zajęciach mistrzu – odparła – wczoraj stłukł sobie rękę na treningu, sądziłam że z tego powodu został w domu.
– Nie ma go prawie od rana, tak samo jak Mei.
– Możemy pomóc go poszukać – zaoferował Galaspiael – ma tu rodzinę albo jakichś znajomych?
– Nie. W tym mieście nie ma nikogo bliskiego. Sam nie wiem gdzie mógł iść.
– To proponuję poprosić jeszcze kogoś by do nas dołączył. Rozdzielimy się i będziemy go szukać.
– Pójdę jeszcze po Tessalego. Najgorzej, że Sprzysiężeni się tu kręcą!
– Może po postu przyjechali na jakieś święto? – książę starał się podejść do całej sprawy tak spokojnie jak tylko się dało – nie ma się czym przejmować.
Rikken wbił w niego ostre spojrzenie.
– Dopóki Zarkin się nie znajdzie, będzie to dla mnie coś, czym należy się przejmować.

Świątynia medytacyjna zbudowana była poza miastem. Kaitańska sekta, o niemożliwej do wymówienia i zapamiętania nazwie, miała swoje klasztory daleko i rzadko kiedy ktoś odwiedzał to miejsce w celu innym niż odprawienie modłów. Jeden strażnik zawsze siedział przed głównymi drzwiami znudzony, bo nawet złodzieje omijali to miejsce z daleka, przekonani, że nie znajdą nic pożytecznego.
Właśnie tam ukryli się Zarkin i Mei.
Przekonani że szpiedzy zgubili dawno trop wyszli ze swojej pierwszej kryjówki i szybko skierowali się w stronę kwatery sekanijskiego Stowarzyszenia. Niestety szpiedzy odcięli im drogę. Dodatkowo zauważyli, że jakiś człowiek, ciągle za nimi chodzi, więc musieli szukać kolejnej kryjówki.
– Nie wiem czy będziemy mogli wrócić dzisiaj – oznajmiła – Możemy spróbować wyjść i się rozdzielić. Skoro szukają dwojga ludzi, być może to ich jakoś zmyli – westchnęła ciężko, gdy nie otrzymała od niego żadnej odpowiedzi. – Panie wiem że jesteś zmęczony, ale nie doprowadzę nas bezpiecznie do domu bez twojej pomocy – usiadła obok niego – o czym myślisz?
– Zapytał cię o hasło – mruknął – ten tam, na zewnątrz. A ty je znałaś. Skąd?
– Oprócz mojego poprzedniego właściciela, którego zabiłeś, miałam jeszcze kilku. Jeden z nich miał żonę, która często przychodziła do świątyni takiej jak ta, by się modlić, a ja jej towarzyszyłam. Ten odzew jakoś utkwił mi w pamięci, ale szczerze mówiąc, nie sądziłam że nas wpuści. Z tego co wiem zmieniają je raz na kilka lat.
– Żona mojego właściciela też była bardzo religijna. A ty... wierzysz w coś?
– Nie odczuwałam nigdy takiej potrzeby. Ten kult mi się kompletnie nie podoba, tak samo jak ta "zwykła" kaita. A nad innymi się po prostu nie zastanawiałam. A ty panie?
– Nie wiem czy powinienem ci to mówić, ludzie różnie reagują. W Velikanii mają ciekawą religię państwową, która skupia się wokół jakiegoś boga życia i kilku innych bóstw. Jest też bóg śmierci, którego wszyscy się boją. Właśnie jego sobie wybrałem.
– To rzeczywiście dość... osobliwe – stwierdziła – wszyscy boją się, że śmierć szybko ich zauważy i po nich przyjdzie, jeśli zbyt rzucą jej się w oczy.
– Życie może być niesprawiedliwe, ale pod koniec i tak każdego czeka ten sam los. Nie uniknie się go tylko dlatego, że jest się bogatym panem. Wszyscy wolni i wszyscy niewolnicy są dla śmierci równi, to mi się podoba. Nie potrzebuję obietnicy rajskiego i długiego życia. Według mojej rodziny sprzeciwiając się właścicielom utraciłem szansę na raj. Mimo wszystko, czasami zastanawiam się nad tym która droga jest słuszna. Ty naprawdę nie odczuwałaś nigdy potrzeby wierzenia?
– Naprawdę. A co panie, chcesz mnie nawrócić?
– Mogłabyś już darować sobie tego "pana" – rozprostował do tej pory zgięte nogi, bo zaczęły mu już cierpnąć i utkwił wzrok w podłodze. – Dzisiaj nie zachowałem się w ogóle jak mężczyzna. Zrzuciłem na ciebie całą odpowiedzialność, a sam zacząłem histeryzować. Nawet nie zabrałem ze sobą strzał. Strasznie mi wstyd.
– Właśnie – Mei wyszła z ich kryjówki i podeszła do jednego z bocznych ołtarzy z którego wzięła kołczan pełen strzał zakończonych ozdobnymi czerwonymi wstążkami.
– Możemy je wziąć?
– I tak i nie. Weźmiemy tylko trochę, nie zauważą. Powinni ich używać podczas procesji do odgrywania specjalnych scen. Kilka lat temu w całej Sekanii wszedł jednak dekret zakazujący świąt religijnych w postaci procesji. Nie sądzę by ktoś więc zauważył że zniknęły.
Zarkin westchnął głęboko i zacisnął pięści.
– Ruszjamy!
Teren przed świątynią oświetlały dwa duże słupy z czymś w rodzaju półmiska na szczycie, na którym umieszczono trochę węgielków i drewno.
Szybko wyszli i zanurkowali w ciemność. Mei przystanęła.
– Stój! Nie mamy światła, oczy muszą się przyzwyczaić. Zresztą i tak nikt nas nie widzi.
– Tam ktoś jest – Zarkin wskazał przed siebie. Rzeczywiście, na środku pustej drogi stała jakaś postać. Czekali na nich. Już po kilku sekundach zauważył, że niewyraźny cień człowieka szybko zmierza w ich kierunku.
– Cały czas patrzyli kiedy wyjdziemy – powiedziała cicho – zauważyli nas.
– Idzie dość pewnie – chłopak wyjął jedną strzałę z kołczanu i przygotował łuk – chyba nie sądzi że go widzimy.
Strzała wyleciała ze świstem prosto w ramię szpiega, ale widać było, że nie wyrządziło mu to
wielkiej krzywdy. Szybko sięgnął więc po kolejną, zastanawiając się, czy jest sens strzelać, zamiast przygotowywać się do walki wręcz.
Druga strzała okazała się niecelna. Mei wybiegła i zaatakowała. Uważała, że nie potrafi walczyć, ale zadziwiająco dobrze wiedziała co robić. Dała Zarkinowi czas na przygotowanie.
Nie miał nic oprócz łuku i dwóch sztyletów, ale stwierdził, że powinno to wystarczyć, by się obronić. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, ten przeciwnik był o wiele lepszy. Mei nie mogła sobie z nim poradzić. Kiedy zobaczył nadbiegającego Zarkina, rzucił w niego małym ostrzem. Chłopak lekko się uchylił. Dał jej znak, by odsunęła się na bezpieczną odległość i skoczył, chcąc z całej siły wbić sztylet w plecy wroga. Ten jednak szybko odwrócił się i kopnął go w brzuch.
Najbardziej zależało mu na tym, by nie zgubić broni, więc nie zwrócił uwagi na odpowiednie uchronienie się przed upadkiem, co było błędem. Jęknął, gdy poczuł jak jego plecy uderzają w wystający i dość ostry kamień. Zaraz po tym przeszywający ból na moment go rozproszył. Zobaczył mały, ostry metalowy przedmiot w prawym udzie. Starał się wstać tak, by jak najmniej nadwyrężyć nogę, a w tym czasie Mei zaatakowała raz jeszcze. Znów została przewrócona, a wtedy chwyciła jeden z noży i przeturlała się pod nogami przeciwnika. Szybko przejechała ostrzem pod jego prawym kolanem.
– Czego od nas chcecie?! – zapytała po madegaldzku.
Zaskoczyło go, że usłyszał własny język. Spojrzał na nią wściekle, a później przeniósł wzrok na Zarkina.
– Złodzieje! Ta receptura powinna zostać w skarbcu wielkiego cesarza!
– O czym on gada? – chłopak zmrużył z bólu oczy – Jaka receptura? Nie lubię tego języka.
– Też nic nie rozumiem. Powinniście chyba ścigać innych ludzi.
– Kłamiesz złodziejko! Możecie mnie zabić śmiało! – powiedział, gdy Zarkin wycelował w niego – ale i tak dosięgnie was sprawiedliwość, prędzej czy później.
– Zostaw! Dziś już dość krwi przelaliśmy.
– Co twoim zdaniem powinienem zrobić? Przecież nie mogę go puścić!
– Dlaczego nie? Słyszałeś, że szukają kogoś innego, mylą nas z kimś. Jeśli będziesz ich tak zabijać, w końcu sam staniesz się celem.
Nie chciał przyznawać jej, że miała rację. Nie mógł jednak zostawić szpiega, ogłuszył go więc uderzając czymś w głowę.
Uciekli tak szybko, na ile pozwalała jego zraniona noga. Na głównej ulicy wpadli na Kalenę i Galaspiaela. Zarkin na początku nie rozpoznał znajomych twarzy i chciał zawrócić. Po całym dniu spędzonym na uciekaniu w każdym widział madegaldzkiego skrytobójcę.
– Dobrze że jesteście cali, gdzie was wywiało?! – Kalena zmierzyła go wzrokiem wypatrując ran.
– Sprzysiężenie Sprawiedliwych się na nas uwzięło – wyjaśnił.
– Nawet nie wiemy do końca dlaczego – dodała Mei – pomylili nas z kimś i próbowali zabić, musieliśmy się ukryć. A tam leży ostatni, który nas atakował.
– Mistrz Rikken bardzo się o ciebie martwił – powiedział Galaspiael – Już, jesteście bezpieczni. Kalena was odprowadzi, a ja zajmę się resztą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz