sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział 21 - Pojedynek

Po raz pierwszy od kilku dni Kalena czuła siłę na cokolwiek.  Wróciła do zdrowia, ale nadal była jeszcze osłabiona.
Cieszyła się, że Galaspiael pozwolił jej zostać w domu tak długo. Dobrze się czuła w tym miejscu, chociaż przypominało jej o tym jaka była, gdy się tu znalazła po raz pierwszy. Mimo wszystko, to było jedyne miejsce, z jakim poczuła więź i które mogła określić jako dom.
Było wczesne popołudnie, gdy weszła do pracowni Galaspiaela. Pozmieniało się tam. Widać było, że praca idzie pełną parą. Teraz wszędzie poukładane były fiolki z różną zawartością. Na stole, ustawionym dokładnie na samym środku znajdowało się większe naczynie do mieszania składników, a także księgi i zwoje, które książę posortował według przydatności.
Pracował naprawdę ciężko i miał duże szanse, by osiągnąć swój cel. Receptura przygotowania dynamitu była już odtworzona i przepisana wielokrotnie na specjalny papier Stowarzyszenia Skrybów. Kilka kopii Galaspiael zapisał niewidzialnym atramentem, a inne za pomocą szyfru. Zrobił także kilka fałszywych receptur, które zamierzał pochować w miejscach, jego zdaniem najbardziej narażonych na odnalezienie przez kogoś obcego.
Nie przygotował jednak prochu, a zamiast tego pracował nad stworzeniem płynnego środka wybuchowego. Nie chciał odwzorować madegaldzkiego dynamitu, ale zrobić jego udoskonaloną wersję. Kagolański dynamit.
– Jak ci się podoba? – zapytał wynurzając głowę zza sterty ksiąg – Zrobiłem spore postępy.
– Zdolności twojego umysłu są dla mnie czymś niepojętym – powiedziała wodząc powoli wzrokiem po pomieszczeniu – Co jest w tych buteleczkach?
– W tych? Różne substancje, które łączy jedna cecha; ogień na nie świetnie działa. To specjalny olej olej. Kiedyś w Sekanii karano za morderstwo polewając tym nieszczęśnika i podpalając. Smażył się jak kaczka. Tamto zielone także jest z Sekanii. Używane było w bitwach morskich. Unosi się na wodzie i tworzy jedną zwartą plamę. Gdy to podpalisz, niewtajemniczeni mają wrażenie, że woda płonie.
– Słyszałam o tym – przyznała – Mieszkał z nami pewien człowiek, który był niewolnikiem na statku zaatakowanym przez piratów i widział na czym to polega. Wtedy myślałam, że to magia.
– Wielu ludzi próbuje tłumaczyć sobie w ten sposób zjawiska, których nie rozumieją – mówiąc do niej nie przerywał notowania czegoś i kreślenia szybkich szkiców – Prawda jest taka, że na każdą taką "magię" istnieje logiczne wytłumaczenie. Na to coś w Zakazanej Strefie też! – powiedział to bardziej do nieobecnego tam Gayeula niż do niej.
Kalena oparła się o ścianę i w milczeniu przyglądała się jego pracy. Jej mistrz nie dbał zbytnio o porządek. Niepotrzebne notatki po prostu rzucał na podłogę. Przy stoliku utworzyły już całkiem sporą warstwę. Chcąc zrobić miejsce, odrzucił kolejne. Razem z nimi spadła mała, brązowa książeczka, którą dziewczyna już raz widziała.
Jego dziennik.
Poczekała na właściwy moment i szybko przeszła w kucki pod stolik, ale zaraz poczuła wyrzuty sumienia. Obiecała sobie przecież, że pierwszy i ostatni raz naruszyła jego prywatność. Długo ze sobą walczyła, aż w końcu pozbierała kilka kartek i ułożyła je w równy stosik.
Galaspiael położył na stoliku dwie fiolki, podtrzymywane przez specjalny statyw. Skonstruował go na potrzeby eksperymentów z niebezpiecznymi substancjami. Za pomocą pokrętła ustawiało się fiolkę ułożoną wyżej pod właściwym kątem i dzięki temu nie musiał jej trzymać w trakcie mieszania składników.
 Przez nieuwagę nie ustawił jednej z buteleczek równo. Dziewczyna dotknęła pokrętła i spróbowała je przesunąć, niestety bezskutecznie. Gdy włożyła w to więcej siły, naczynie przechyliło się aż zbyt mocno, a żółtawy płyn przelał się do drugiego.
Syknęła i zacisnęła pięści.  Żółta ciecz na szczęście nie zmieszała się, mogła więc przelać ją z powrotem. Niestety Galaspiael ubiegł ją. Wyjął fiolkę, zakorkował i zaczął energicznie potrząsać.
– Lepiej przestań... – zaczęła cicho, nie za bardzo wiedząc jak mu powiedzieć, co się przed chwilą stało.
– Jeśli wytrąci się osad, stracę ważny składnik. Nie próbowałem jeszcze nic zrobić z twoim wodnym nefrytem. Jest dość twardy, a potrzebuję proszku, więc... – urwał i spojrzał z niepokojem na fiolkę. Odłożył ją i cofnął się o kilka kroków.
Rozległ się dźwięk uderzenia korka o szybę. W pracowni okna były oszklone, by nic co tam się znajdywało, nie uległo zniszczeniu. Teraz w tafli szkła znajdował się mały otwór, wokół którego powstało pęknięcie przypominające pajęczynę.
– Nie wierzę... Udało się. Daliśmy radę, nareszcie! – chłopak w nagłym przypływie radości chwycił Kalenę w ramiona – Co zrobiłaś?
– Właściwie nic, to był czysty przypadek – odpowiedziała niepewnie – Nie zrobiłam nic.
Właściwie nie rozumiała dlaczego cieszył się z wybicia szyby korkiem, skoro nic nie wybuchło, ale było jej miło, że jest szczęśliwy i z jakiegoś powodu z niej zadowolony.

Kilka dni później czuła się już zupełnie zdrowa i chciała jak najszybciej wrócić do Yagn-Sho. Niestety, od jej przypadkowego "odkrycia", Galaspiaela zupełnie pochłonęła praca i ani myślał jej przerywać. Próbował z początku namówić ją, by dała mu jeszcze dzień lub dwa, ale w końcu oboje zgodzili się, że nie ma na co czekać. Wszystko wskazywało na to, że kolejny raz będzie musiała samotnie wracać do kwatery Skrybów.
Tuż przed jej odjazdem pojawiła się Lin-Si. Kalena nie uważała jej już za rywalkę. Od czasu konfliktu z księciem, czuła że coś się zmieniło, ale nie potrafiła jednoznacznie tego nazwać, aż w końcu uświadomiła sobie, że chodzi o jej uczucie względem niego. A raczej jego brak. Nadal uważała go za swojego najbliższego przyjaciela, jednak już nie kochała. Zastanawiała się nawet, czy w ogóle kiedykolwiek rzeczywiście darzyła go miłością. Z perspektywy czasu wyglądało to dla niej raczej jak głęboka fascynacja, coś w rodzaju chwilowego zauroczenia.
Mimo to, czuła się w obecności przyszłej królowej bardzo nieswojo. Miały tylko jedną okazję by ze sobą porozmawiać, gdy przygotowywała się do wyjazdu.  Lin-Si perfekcyjnie ją wykorzystała.
– Czym się zajmowałaś jako niewolnica? – to były pierwsze słowa, jakie do niej wypowiedziała. Kalena, lekko zdziwiona, że księżniczka poświęciła jej uwagę, nie wiedziała z początku, co ma odpowiedzieć.
– Wykonywałam prace domowe – to było najprostsze stwierdzenie jakim mogła opisać zakres swoich niegdysiejszych obowiązków.
– Widać to po tobie – skwitowała wykrzywiając na moment usta w dziwnym grymasie. – Raczej nie nadawałabyś się do niczego innego.
Kiedyś Kalena zignorowałaby taką zaczepkę, głównie ze strachu. Nie poczuła się zbytnio dotknięta, ale mimo to postanowiła się ogryźć.
– Skoro jest pani tak wyjątkowo błyskotliwa, a dodatkowo widzi przeszłość człowieka zapisaną w jego oczach, po co zadawać niepotrzebne pytania?
Usłyszała ciche parsknięcie.
– Widzę, że zdążył cię już nauczyć bezczelności. Jaki mistrz, taka uczennica, świetnie! Mam nadzieję, że to nie działa w drugą stronę, bo jeśli wpoiłaś mu jakieś swoje prostackie zwyczaje, nie zdołam ukrywać odrazy jaką do niego żywię.
– Myślę, że książę doskonale wie, które zwyczaje mu przystroją – z trudem stłumiła narastającą złość. Zaczynała rozumieć, dlaczego Galaspiael tak nienawidzi swojej narzeczonej.
– Jego da się naprawić. Gorzej z moją siostrą, tutaj mogą być spore kłopoty. Czuję się zniesmaczona jej brakiem gustu w kwestii doboru towarzystwa.
– A czy ja prosiłam żeby się ze mną zadawała?
Lin-Si słysząc to wstała i bezceremonialnie uderzyła Kalenę w twarz.
– Zadawać się z tobą... nie wiem co to za przyjemność! Jak śmiesz tak do mnie mówić! Wydaje ci się, że jesteśmy na równej pozycji, bo Galaspiael cię zatrzymał? Otóż nie jesteśmy!
Chwyciła ją za włosy i odciągnęła głowę do tyłu. Kalena zamachnęła się energicznie, ale zawahała się przez moment. Miała wielką ochotę by ją uderzyć, jednak wiedziała, że poniosłaby za to konsekwencje.
– Dalej, zrób to! – księżniczka ponownie wymierzyła jej policzek – Zrób to, a on będzie musiał osobiście wydać wyrok śmierci na ciebie!
 Uniosła rękę do kolejnego ciosu, ale tym razem powstrzymał ją Galaspiael. Nawet nie zauważyły kiedy wszedł Chwycił za
– Albo też na ciebie – syknął – mógłbym to zrobić, gdyby mi bardzo zależało.
W porównaniu do niego miała dość drobne dłonie. Bezskutecznie próbowała się wyszarpać.
– Puść. To mnie boli słyszysz, rozkazuję ci mnie puścić! – w pewnej chwili głos jej się załamał, a do oczu napłynęły łzy – Masz mnie puścić w tej chwili, Galaspiael, słyszysz mnie?!
Kiedy chciał, potrafił być przerażający. Spełnił jej prośbę i uśmiechnął się z wyższością, widząc jak łatwo udało mu się ją złamać.
– Nie chcę między wami konfliktu – powiedział spokojnie – Tu się to zaczęło i tutaj się kończy.
Kalena skorzystała z chwili, gdy nie poświęcali jej uwagi i szybko wymsknęła się z pokoju. On przesadził. Nie chciała aż tak mocno dokuczyć Lin-Si, nawet po tym co jej zrobiła.
 Kiedy miała już ruszać, przyszedł się pożegnać.
–  Gotowa do drogi? Możesz wziąć mojego konia.
– Myślałam raczej o pójściu pieszo – wyznała.
– Nie wygłupiaj się, wiesz jaka to ciężka droga piechotą? Dotarłabyś w środku nocy – urwał i dotknął jej zaczerwienionego policzka – Przepraszam za nią. Nie chciałem, by do tego doszło.
– Nie jesteś w stanie kontrolować tego, co robią inni ludzie, nie musisz za nich przepraszać – uśmiechnęła się wymuszenie. Galaspiael pokręcił głową.
– Ta żmija jeszcze mnie popamięta!
– Przestań! Co ci to da, że ją skrzywdzisz? – przerwała mu stanowczo – Mnie na pewno nie zrobi się od tego lepiej.
Chłopak zacisnął usta. Bardzo chciał uświadomić Kalenie kogo broni, z drugiej strony usprawiedliwić przed samym sobą to, co planował zrobić. Wiedział w jaki sposób mógłby uprzykrzyć życie Lin-Si. Dała mu do tego teraz świetny pretekst.
– Przemyśl jeszcze ten spacer, może okazać się ponad twoje siły – powiedział w końcu – Nawet zdrowego, silnego mężczyznę wykończyłby dzień marszu.
– Dobrze mi się myśli, gdy chodzę. Chciałam zastanowić się nad paroma sprawami, które się działy ostatnio.
– Niepokojąco to zabrzmiało.
– Kiedy człowiek otrze się o śmierć, zaczyna inaczej postrzegać różne rzeczy. Czuję się doskonale, naprawdę.
– Na pewno! Ja też czuję się doskonale, gdy ktoś wytrzaska mnie po twarzy. Proszę cię, nie idź piechotą, będę spokojniejszy.

Posłuchała go, chociaż nadal nie czuła się zbyt pewnie na koniu, mimo kilkunastu odbytych lekcji. Postanowiła, że część drogi po prostu go poprowadzi, a wsiądzie dopiero, gdy wyjdzie z miasta.
Do Yagn-Sho można było dostać się na wiele sposobów. Najciekawsza droga, pozawijana i pełna niezbadanych miejsc, wyjątkowo ją kusiła. Ścieżka prowadziła daleko w góry, jednak gdyby skręcić we właściwym momencie, można by odnaleźć kwaterę skrybów, a przy okazji być może natrafić na jakąś tajemnicę sprzed lat.
Galaspiael pokazał jej kiedyś tę drogę na mapie, podczas pewnego wieczora. Od tamtej pory bardzo chciała pójść tamtędy razem z nim, lub samotnie. Dotrzeć do końca i zobaczyć, co tam znajdzie.Jednakże była to o wiele trudniejsza trasa i pokonanie jej na pewno zajęłoby więcej czasu niż jeden dzień.
W mieście trwały przygotowania do obchodów jakiegoś święta. W kalendarzu kagolańskim było sporo świąt zwłaszcza religijnych. Czciciele przodków, bóstw żywiołów, a nawet duchów zaklętych w drzewach i kamieniach żyli obok siebie, a zwyczaje wszystkich religii mieszały się. Był to najbardziej tolerancyjny kraj, jeśli chodziło o wiarę. Do zakazanych kultów należały tylko te najbardziej radykalne, które przejawiały jawną wrogość wobec innowierców.
Większość wierzeń składała się na Kaitę; oficjalną religię państwową, której wyznawcą (przynajmniej w teorii) był także Galaspiael.
Wielki szacunek do przodków wiązał się z pielęgnowaniem pamięci o nich. Każdy kagolańczyk wiedział z jakiej rodziny pochodzi, czego dziewczyna bardzo im zazdrościła. Sama nie mogła sobie przypomnieć żadnego członka swojej rodziny. Nie wiedziała nawet skąd konkretnie pochodzi.
Piętno dużo mówiło o niewolniku i próbowała kiedyś zacząć od tej strony. Niestety, znak który nosiła na ramieniu nie przypominał niczego, co wypalano w Kagolanii, Sekanii, Velikanii, Port ani nawet Madegaldzie. Nietypowy zawijas, lekko nadszarpnięta muszelka. Nie przywodziło to na myśl niczego konkretnego.
Ktoś zaoferował jej słone ciasteczko. Przyjęła je lekko zmieszana, nie wiedząc, czy nie będzie musiała za nie zapłacić, ale człowiek ten szybko się oddalił, nie czekając na nic w zamian.
Szła powoli, co jakiś czas rozglądając się dookoła. W zewnętrznym kręgu ludzie także przygotowywali się do nadchodzącego święta. Kiedy wyszła z miasta, długo nie spotkała nikogo.
Podczas spaceru usłyszała wiele pochlebnych rzeczy o Galaspiaelu. Mało kto mówił o nim "jego książęca mość" częściej używano zwrotu "nasz książę". Udało mu się zachować anonimowość, ludzie nie wiedzieli, że długo już żyje wśród nich. Znane było jego zamiłowanie do eksperymentów i konstruowania różnych rzeczy, a także nieprzeciętne umiejętności we władaniu shen
Mniej więcej w połowie drogi zrobiła przerwę na śniadanie. Galaspiael zapakował jej dodatkową porcję jedzenia, ale bardziej byłaby wdzięczna za trochę więcej wody. Upchała resztki do bawełnianego tłumoczka i ruszyła w drogę.

W czasie jej nieobecności lekcje w Yagn-Sho trwały nadal. Zarkin za włamanie się do spiżarni miał odbyć karę w postaci tygodniowego dyżuru w kuchni, ale Rikken zrezygnował z tego pomysłu, gdy zauważył, że jego ucznia zaczęły fascynować księgi dotyczące trujących roślin. Wszyscy uczniowie pracowali ciężko, by na zbliżających się egzaminach wypaść jak najlepiej. Po tym jak Rikken odebrał najlepszej piątce ich dotychczasowe miejsca, rywalizacja stała się jeszcze bardziej zacięta.
Od wyniku egzaminu zależało czy zostaną uznani za pełnoprawnych Skrybów, czy będą odesłani do domów. Po roku szkolenia posiadali wiedzę i umiejętności większe niż przeciętny człowiek, ale nikt nie chciał tak szybko zakończyć swojej wędrówki. Dlatego wpadli niemal w trans i każdą wolną chwilę przeznaczali na treningi bądź naukę. Spędzali razem dużo czasu, a do tego byli zmęczeni i zdenerwowani. Prędzej czy później musiało dojść do konfliktów.
Najpierw Mizar zaczął głośno kwestionować, czy posiadanie niewolnika w Yagn-Sho jest całkowicie legalne. Zarkin odpowiedział, że z pewnością jest to bardziej na miejscu niż wymuszanie na swoim mistrzu prawie cotygodniowego pozwolenia na wyjście, rzekomo do domu. Wtedy Mizar oświadczył, że to co się dzieje u niego w domu, to jego sprawa i nikt nie powinien się w to wtrącać.
– A to dobre! – powiedział tak głośno, by wszyscy zebrani w sali treningowej go słyszeli nawet bez udawania, że obserwują całą sytuację tylko przypadkiem – Ja mam się nie wtrącać, ale ty możesz? Co takiego się dzieje, ze musisz być przy tym obecny? A raczej, czy to naprawdę jest aż tak wstydliwa sprawa? Dlaczego nie chcesz się tym podzielić?
– Kto powiedział, że nie chcę? – Mizar szybko się obronił – Z chęcią opowiem o tym swoim przyjaciołom, ty do nich nie należysz.
– A może chodzisz na dziwki? – blondyn podszedł do niego – Jeśli jeszcze się nie zorientowałeś, cały czas idzie o to, że przyczepiłeś się do mnie i Mei. Tak naprawdę, nie obchodzi mnie co robisz i z kim, twoja rodzina jeszcze bardziej mnie nie obchodzi, ale skoro się do mnie przyczepiłeś, to ci pokażę gdzie twoje miejsce.
– Jaki ty się zrobiłeś uczuciowy względem niej! – Mizar zrobił krok do przodu, tak że niemal stykali się czołami – Kiedyś to była "ta niewolnica", a teraz ma imię! Naśladujesz księcia? Wydaje ci się, że jesteś arystokratą, bo masz służącą?!
Zarkin prychnął złośliwie i z całej siły popchnął go. Mizar błyskawicznie odpowiedział na atak. Chwycił chłopaka za koszulę, a ten przewrócił go i zaczęli się szarpać leżąc na podłodze. Ta sprzeczka nie była tego bezpośrednim powodem, jedynie przelała czarę goryczy. Oboje dali radę uderzyć się kilkukrotnie, aż w końcu Mizar wyszarpnął się i odszedł chwiejnym krokiem.
­– Tchórz! ­– Zarkin krzyknął za nim – Boisz się mnie dobić?
– Nie warto. Czy to oficjalny pojedynek?
– Naprawdę tylko to cię powstrzymuje? Dobrze, w takim razie wyzywam cię na oficjalny pojedynek, jutro wieczorem w tym miejscu. Tylko ty i ja, żadnych sekundantów ani pomocników
– A co ty sobie myślisz, brudny niewolniku, że jak raz się nad tobą ulitowałem, to drugi też się ulituję? – chłopak kilka razy zacisnął i rozluźnił pięści – Przyjmuję twoje wyzwanie. Obyś tylko nie żałował rzucenia go!