sobota, 3 grudnia 2016

Rozdział 19 - Pojednanie

Mimo że brali ich pojedynczo, trwało to zadziwiająco krótko.
Po wszystkim Kalena nie wróciła do swojego pokoju aby odpocząć. Zarkin zgodził się, by przenocowała u niego, ale w ostateczności wzięła ją do siebie Jin-Si. Księżniczka bardzo przeżyła, to bolesne i całkowicie dla niej nowe doświadczenie, ale przez to po raz pierwszy zaczęła okazywać sympatię swoim nisko urodzonym rówieśnikom. Była w gruncie rzeczy miłą osobą, tyle że spędzenie dzieciństwa na dworze bardzo źle na nią wpłynęło.
Później przyszedł Samin, bo Kalena dostała strasznej gorączki. Galaspiael już wcześniej kazał po niego posłać, choć na dobrą sprawę żaden uczeń nie otrzymał ciosów mogących spowodować głębokie rany.
Patrzył na nią niby ze współczuciem, jednak można było dostrzec, że uważa karę, którą otrzymała za sprawiedliwą.
– Niepotrzebnie ci to opowiedziałem – zaczął – mogłem się domyślić, że prędzej czy później będziesz chciała to wykorzystać. Galaspiael ma ciężki charakter i rozumiem, że musiał cię do tego sprowokować, ale to bardzo go zraniło. Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo.
– Co mam teraz zrobić? – dziewczyna przyglądała się, jak przygotowywał jej lekarstwo – Powinnam odejść?
– Gdzie odejść? – zapytał nie podnosząc wzroku znad naczynia.
– Odejść ze Stowarzyszenia – wyjaśniła –  Galaspiael mnie teraz nienawidzi, nie mam powodu by zostać.
– Zrobisz co zechcesz, ale według mnie byłoby to marnotrawstwo twoich zdolności. Możesz poprosić o zmianę mistrza i wtedy ktoś inny cię przygarnie, jednak czy nie lepiej byłyby się pojednać? Nienawiść to według mnie nieco za mocne słowo. Galaspiael i tak nie będzie prowadził cię do samego końca, a po egzaminach nie będziesz uczyć się na własną rękę, bez mistrza.
– Zawsze będę już od niego uzależniona. Niewolnik nigdy nie staje się wolnym człowiekiem, może być co najwyżej wyzwolonym niewolnikiem. On mnie zatrzyma przy sobie, znajdzie sposób.
– Kaleno, on czasem i mnie mówi takie rzeczy. Chce cię zatrzymać przy sobie, bo jesteś dla niego cenna.
– Dla mnie to zabrzmiało, jakby za wszelką cenę chciał zniszczyć mi życie.
– Jesteś zbyt surowa. Wy oboje jesteście odpowiedzialni za to, co się stało. Postaw się czasem na jego miejscu, to może zrozumiesz – podał jej gliniany kubek z ciepłą, gęstą mazią – Chyba będę potrzebował więcej wody. Da się to przełknąć?
– Jest w porządku.
– Nie mogę zbyt długo tu zostać, ale mam nadzieję, że tyle ci pomoże. W razie czego przygotuję jeszcze jedną porcję i zostawię Galaspiaelowi. Postaraj się teraz zasnąć. Jutro się zastanowisz, co powinnaś zrobić.

W tym czasie książę próbował zająć się czymś, by uspokoić wciąż nasilającą się w nim rozpacz.
Zaczął opracowywać plan swojego nowego pomysłu; dużych spichlerzy na ryż i pszenicę. Książę pamiętał klęskę nieurodzaju, która miała miejsce, gdy kończył siedem lat. Niewiele więcej wspomnień miał z tamtych czasów, ale dość dobrze pamiętał jak jego ojciec powtarzał, że chciałby mieć dodatkowy zapas jedzenia dla ludu. To właśnie było celem Galaspiaela.
Zdawał sobie sprawię, jak trudne będzie to zadanie. Projekt wytrzymałych i odpowiednich do kilkuletniego przechowywania zapasów spichlerzy to jedno, ale trzeba też będzie je czymś później wypełnić.
Gdyby podwyższył daninę, lub wprowadził inny podatek... Ale podwyższył o ile? Dodatkowy podatek w jakiej wysokości? Kogo obowiązujący? Może rozłożyć napełnianie spichlerzy na kilka lat? A jeśli któryś rok będzie wyjątkowo słaby?
Mikstura zadziałała wyjątkowo szybko i rano Kalena czuła się o wiele lepiej. Chodząc po korytarzach Yagn-Sho natknęła się na swojego mistrza. Była to kwestia czasu, gdy się spotkają, ale nie przypuszczała, że stanie się to tak szybko.
Przystanęła niepewnie, czekając na jego reakcję. Pomimo że to ona miała w nocy gorączkę, z ich dwójki wyglądała lepiej. W pierwszej chwili pomyślała sobie, że Galaspiael także zachorował. Był blady, miał podkrążone oczy, a delikatny uśmiech, który zawsze błądził na ego twarzy, teraz gdzieś znikał.
– Jak się czujesz? – zapytał w końcu.
– Wszystko w porządku – odpowiedziała, starając się unikać jego spojrzenia. Zastanawiała się, kto powinien zacząć mówić pierwszy. Ona? On? W końcu sam wybawił ją od tego dylematu.
– Bardzo żałuję tego co się stało. Nie wiem jak mógłbym się przed tobą usprawiedliwić, sam nie znajduję dla swoich czynów żadnego wytłumaczenia – po tych słowach uklęknął, co wprawiło ją w niemały szok. – Nie zachowałem się jak mistrz ani jak przyjaciel. Proszę cię o wybaczenie, chociaż wiem że nie zasługuję na nie.
Było to trudniejsze, niż się jej wydawało. Uśmiechnęła się, chociaż czuła jak żal ścisnął jej gardło. Przytuliła go, a miała ochotę odepchnąć od siebie. Nie spodziewała się, że uraził ją aż tak głęboko. Bijąc ją, nawet lekko, zerwał niepisaną umowę, która miedzy nimi obowiązywała.
– Ja też przepraszam – w tamtej chwili nie mogła się zdobyć na nic więcej. Przynajmniej nie teraz, gdy rany były jeszcze świeże.
– Przysięgam, że już nigdy cię nie uderzę. Nigdy, ale to nigdy, masz moje słowo. A gdybym je złamał, masz prawo nienawidzić mnie do końca życia.

Tego wieczora Kalena wróciła już do ich wspólnego pokoju. Galaspiael jeszcze kilkukrotnie wspominał jej, jak bardzo czuje się winny i zapewniał, że już nigdy podobna sytuacja nie będzie miała między nimi miejsca, ale w głębi serca także czuł, że nie da rady cofnąć czasu. Coś się w ich przyjaźni skończyło, już nie było tak samo. Książę znów był taki jak wcześniej i wydawało się, że wtedy karę wymierzała zupełnie inna osoba.
Słońce nie zdążyło jeszcze wzejść, gdy Galaspiael odkrył, że zachorowała. Poprzedniego dnia czuła się całkiem dobrze, wspominała mu tylko że jest osłabiona po gorączce. Leżała jak nieprzytomna, bledsza niż kiedykolwiek. Oddech miała płytki i świszczący, usta pobladłe, a czoło błyszczało się od kropelek potu. Kiedy powiedział coś do niej, zaczęła majaczyć i płakać.
Samin był zły, chciał wyspać się przed powrotem, ale kiedy zobaczył w jakim stanie jest dziewczyna, przestał mieć do Galaspiaela pretensje o wczesne obudzenie go.
– Była osłabiona i przez to zachorowała – stwierdził – mówiłeś sam, że przepracowuje się ostatnio.
– Tak nagle ją dopadło? Już od dawna się przepracowuje.
– Ostatnio miała dość ciężki czas. Ta kara od ciebie... Miała później lekką gorączkę, być może to też jest powód. Pilnujesz żeby jadła?
– Nie muszę, Kalena sama się pilnowała – chłopak kucnął przy łóżku na którym leżała. – To przeze mnie.
– Nonsens! Moim zdaniem bardziej zaszkodziły jej nerwy niż ta chłosta. Podam jej coś, a jeśli nie pomoże, zabierzesz ją z Yagn-Sho. To może być górska grypa. Potrzyma ją, wymęczy, ale puści w końcu. Nie martw się, będzie żyła – dodał widząc wyraz jego twarzy – trzeba zbić gorączkę. Przedwczoraj moja mikstura zadziałała znakomicie, teraz też powinna. Wiesz, w tej chorobie to właśnie gorąco wykańcza.
Galaspiaela oblał zimny pot. Wydawało mu się, że to koszmarny sen, z którego nie może się obudzić.
– Nie ma na co czekać – zdecydował – Podasz jej lekarstwa, a potem ją stąd zabiorę. Do domu.
– Nie lepiej do pałacu? Ten twój dom...
– Jest cichy i mały w przeciwieństwie do pałacu. Będzie mi łatwiej się nią tam zająć.
Samin zajął się przygotowywaniem lekarstwa, choć wiedział, że nie ma wystarczająco potrzebnych składników.
– Masz chyba najgorszego mistrza na świecie – powiedział, nie wiedząc nawet czy dziewczyna go słyszy. Ogarnął wzrokiem wszystkie rzeczy, które leżały przygotowane na jej stoliku na dzisiejsze lekcje i poczuł jak wzbiera w nim fala smutku, pomieszanego z poczuciem winy. Spojrzał na stosik kartek starannie zapisanych kagolańskimi znakami. Każda linia i kropka miała swoją kolejność kreślenia, ale jego uczennica pisała często tak jak jej było wygodnie, choć starała się opanować tradycyjną sztukę pisania, by mu zrobić przyjemność.
Ostatnio poświęcał jej wyjątkowo mało uwagi. Tak naprawdę był mistrzem tylko z nawy, nie robił nic, co powinien był robić. To dało się usprawiedliwić, ale i tak czuł się winny. W głębi serca wiedział, że gdyby się postarał, znalazłby więcej czasu.
Samin podał jej pierwszą porcję lekarstw, po których odzyskała pełną świadomość, ale jednak nadal wyglądała bardzo źle.
– Jedziemy gdzieś? – zapytała widząc, że Galaspiael ewidentnie przygotowuje się do podróży – Przecież niedługo będzie sprawdzian walki. Musze zostać – oświadczyła i zakaszlała mocno – Niedobra była ta herbata, drapie mnie po niej w gardle.
– Jesteś chora, zabiorę cię stąd, żebyś odpoczęła – odparł jej – Nie wyjeżdżamy na zawsze, co najwyżej na tydzień. Kiedy tylko poczujesz się lepiej, wrócimy.U mnie są dobre warunki by się uczyć i zdrowieć. Noce nie są tak chłodne, pobędziesz tam chwilę i na pewno nabierzesz sił.
Dziewczyna przetarła oczy kilkukrotnie i zacisnęła powieki
– Słabo mi... Chyba zemdleję.
– Nie wstawaj, ja się wszystkim zajmę. Czujesz się tak po lekarstwie, to minie.
Domyślał się, że Samin nie powiedział mu całej prawdy i z Kaleną jest o wiele gorzej, ale nie dopuszczał tej myśli do siebie na zbyt długo. Wiedział, że nie może okazać zdenerwowania ani smutku, bo ona sama zacznie coś podejrzewać, a nie wpłynęłoby to zbyt dobrze na jej zdrowie.
Wyruszyli niedługo potem, a w połowie drogi złapała ich ulewa. Galaspiael przeklinał w myślach duchy deszczu, mając pewność że wyziębienie jeszcze zaszkodzi Kalenie. Zaraz gdy dotarli, przygotował jej kolejną porcję lekarstwa.
– Jak twoje plecy? – zapytał gdy już leżała w łóżku, przebrana w suche
– W porządku – odpowiedziała sącząc powoli napój i krzywiąc się co jakiś czas. – Nie bolą już prawie w ogóle.
– Ale jednak wciąż bolą – dokończył – Czuję się okropnie.
– Jeśli cię to pocieszy, to wcale nie biłeś mocno. Kiedyś dostałam batem i to naprawdę bolało. Ta rózga była dość lekka.
– Krzyczałaś – Galaspiael usiadł na jej łóżku – A ja widziałem, że cię bolało, ale nie mogłem przestać.
– Tak teraz myślę – odłożyła kubek i schowała ręce pod nakrycie. – Czy ten Gayeul mógł mieć z tym jakiś związek?
– Kto taki?
– Ten upiór z Zakazanej Strefy tak się przedstawił. Z tego co mówił jasno wynikało, że potrafi kontrolować ludzkie zachowania. Według mnie to zależy od tego, jak blisko się do niego podejdzie. Może to on kazał ci to zrobić?
– Wierzysz w to?
– Widziałam już zbyt wiele, by w cokolwiek wątpić. Według mnie to bardzo możliwe. Uwierzyłbyś w istnienie tego – zakaszlała – tego czegoś?
– Wierzę w mało rzeczy. Nawet swoich przeżyć nie biorę za pewnik, bo zawsze mogło mi się po prostu wydawać, że coś było.
– On karmi się twoim cierpieniem – Kalena ściszyła głos do szeptu – Chce odejść, a nie może, dopóki ty nie wycierpisz wystarczająco. Inni też to słyszeli. Walczyłeś z nim, nadal sądzisz, że nie jest prawdziwy?
– Nadal. Może on być zbiorem ludzkich lęków, które w jakiś sposób przybrały taką postać. Lub po prostu bardzo chciałbym, by był nieprawdziwy i dlatego tak mówię? Sam nie wiem – uśmiechnął się do niej – Prześpij się i zapomnij o wszystkim.
– Próbowałeś już coś zrobić z wodnym nefrytem? – Nagle przypomniała sobie, że przecież mu go nie dała. – Został mi jeden kamień. Jest w kieszeni spodni.
Chłopak usiadł ponownie na łóżku i pogładził ją po policzku.
– Kiedy wyzdrowiejesz to razem się tym zajmiemy. Teraz naprawdę powinnaś odpocząć.
W tym domu panowała wieczna cisza. Ktoś nie lubujący się w spokojnych miejscach czułby się tam naprawdę nieswojo, Kalenie jednak ta cisza odpowiadała.
Yagn-Sho także było spokojnym miejscem, ale to był inny rodzaj spokoju. Siedząc samotnie w ogrodowej altanie lub przechadzając się długim korytarzem, człowiek wyciszał się, ale zawsze gdzieś w oddali dało się słyszeć czyjś głos, kroki, jakieś stukanie, szeleszczenie papieru. Było łatwo znaleźć jakieś samotne miejsce dla siebie, ale kwatera Skrybów żyła i słyszało się to życie wszędzie. A tutaj było po prostu cicho. Czysta, niezakłócona niczym cisza. Galaspaiel dołożył wszelkich starań, by nie martwiła się chorobą, ale wiedziała, że jest z nią źle. Nie musiał mówić jej tego wprost, sama czuła, że słabnie z każdą chwilą coraz bardziej.
Nie bała się śmierci. o wiele bardziej przerażał ją ból towarzyszący umieraniu niż sama śmierć, która była właściwie wyzwoleniem od całego bólu.
Podczas wieczoru w karnym pokoju rozmawiała z Zarkinem. On nie bał się śmierci ani zabijania, a ból go po prostu denerwował, bo był często ograniczeniem dla ciała. Bał się natomiast upokorzenia i wstydu. Tylko ten jego słaby punkt zdołała odkryć.

Książę znów długo nie mógł zasnąć. Próbował wytłumaczyć sobie, że Samin nie może się mylić i choroba Kaleny nie była następstwem kary jaką otrzymała. Wciąż jednak nie mógł pozbyć się wykańczającego poczucia winy, które przeszkadzało mu tak samo, jak jej ból pleców. Zastanawiał się, czemu właściwie jest dla niego tak cenna. Czy rzeczywiście popełniłby samobójstwo, gdyby owego pamiętnego dnia nie wrócił do domu z dodatkowym "towarem"?
Zasnął prawie nad ranem , ale szybko został obudzony głośnym pukaniem.
Nikt nigdy nie pukał do tych drzwi, chyba że miał jakąś wyjątkowo pilną sprawę. Tylko że oprócz Samina nikt nie wiedział o jego wyjeździe z Yang-Sho, a ten znał przecież sekretne przejście z pałacu prosto do tego domu i zawsze go używał.
Komuś naprawdę zależało, by się z nim zobaczyć, bo natrętny dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Galaspiael zirytowany ruszył ku głównym drzwiom i otworzył je energicznie.
– Czego? – krzyknął i nagle osłupiał. Nieproszonym gościem okazała się Lin-Si
– Jak ty w ogóle wytrzymujesz w tym miejscu – zapytała krzywiąc się z niesmakiem.
– Ciebie też miło widzieć, moja pani – nawet nie silił się, by brzmiało to wiarygodnie. – Wejdziesz, czy te mury są zbyt plugawe jak dla ciebie?
– Nie martw się, nie zajmę ci wiele czasu. Masz coś do jedzenia, umieram z głodu?
– Nie sądzę, wróciłem dopiero wczoraj – odpowiedział ziewając.
Księżniczka prychnęła gniewnie i spojrzała na niego z dezaprobatą.
– Umarłbyś, gdyby cię nie karmiono. Każę ci coś przynieść z pałacu. Ale do rzeczy! Przyszłam, ponieważ martwię się o moją siostrę. Doszły mnie słuchy jak jest traktowana w tej waszej szkółce! – rzuciła mu niemal w twarz list od Jin-Si. Galaspiael westchnął ciężko i skierował kroki do małego pokoju przeznaczonego do picia herbaty. Zawsze, gdy ktoś go odwiedzał, prowadził go właśnie tam. Usiedli naprzeciw siebie
– Nie rozumiem dlaczego masz pretensje do mnie moja droga – powiedział patrząc jej prosto w oczy – Nie jestem mistrzem Jin.
– Wiem, że miałeś decydujący głos przy wyborze tej kary. Powiedz Tessalemu, że jeśli jeszcze raz ośmieli się podnieść rękę na velikańską księżniczkę, osobiście dopilnuję by zawisnął albo zgnił w lochu! I niech ta twoja dziewczyna utrzymuje dystans, bo zaczęła się ostatnio strasznie panoszyć!
Chłopak parsknął. Próbował ukryć rozbawienie, ale po chwili nie wytrzymał i roześmiał się głośno.
– Co zaczęła robić? O ile sobie dobrze przypominam, nikt nie zmusił twojej siostry do wstąpienia w szeregi Stowarzyszenia. Sama wybrała tę drogę, mając pełną świadomość na co się porywa. Tessale nie został przeze mnie do niczego namówiony ani zmuszony. Po prostu złamała zasady i została ukarana w ten sam sposób co wszyscy.
Zapadła między nimi długa cisza
– Twoja też? – podchwyciła po chwili.
– To moja sprawa – z jego twarzy zniknął uśmiech
– Och, naprawdę? Żałuję, że tego nie widziałam – zachichotała – Wyobrażam sobie, jak wielką radość musiało ci sprawić zadawanie jej bólu.
– Daruj sobie – uciął i wstał z miejsca – niczego o mnie nie wiesz.
– Co? Złoszczę cię?
– Strasznie. To jak mówisz, o czym mówisz, jest po protu obrzydliwe. Sama twoja obecność jest drażniąca.
– Też mówiłeś tym tonem do niej? – przejechała dłonią po jego plecach – Straciłeś nad sobą panowanie tak? Zawsze to lubiłam. Skoro już jesteś tak blisko, może wpadniesz mnie odwiedzić? Ja raczej tutaj nie wrócę. Napiszę do Jin, by trzymała się z daleka od tej brudnej dziewuchy. Lepiej zdusić to w zarodku, zanim zyska szansę by rozkwitnąć. Wiesz dobrze, że ich przyjaźń nie miała by sensu... Tak jak wasza.

Mei wślizgnęła się ukradkiem do pokoju. Rikken siedział pochylony pisząc coś i nie zwrócił na nią uwagi w pierwszej chwili.
– Zarkin czegoś zapomniał? – spytał, gdy dziewczyna zaczęła rozglądać się po pokoju.
– Nie, to ja coś zgubiłam – odparła uśmiechając się szybko, niby wyuczenie, jednak wcale nie sztucznie
– Kiedy następnym razem każe ci coś przynieść, proszę nie zgadzaj się. To jego wina że jest roztrzepany, niech sam sobie lata z drugiego końca kwatery.
– Ale to dla mnie żaden problem – zapewniła – lubię być w ruchu i jestem szczęśliwa, że mogę się na coś przydać. Pan Zarkin z pewnością wie, że musi być bardziej uważny w tym co robi. I tak jest. Widziałam jak walczy i przyznaję, że ma do tego dar. Nie spodziewałam się, że osoba o takiej technice okaże się uczniem, szczerze to myślałam, że mój wybawca to jakiś wyjątkowo młody mistrz.
– Moim zdaniem, towarzystwo z którym tu przybyłaś nie było zbyt wymagające. Miał dużo szczęścia i to go uratowało, gdyby byli trochę bardziej wyszkoleni, nie sądzę, że uszedłby cało... Nie wiem czy o tym wspominać i tak jego rodzice poczują się źle, lepiej by nie wiedzieli, że ich syn walczył z madegaldzkimi szpiegami.
List. Jej cel właśnie leżał na stole. Mei wiedziała, że musi to dobrze rozegrać, bo nie dostanie kolejnej szansy.
– Czy to nie dziwne, że jego rodzice nadal są niewolnikami?
– Tak ci powiedział? – Rikken prychnął, ale zaraz potem uśmiechnął się – On ma trochę inne poglądy, jeśli chodzi tę sprawę. Jego rodzina jest formalnie wolna, po prostu mieszkają nadal w domu człowieka, który wcześniej był ich panem, jako jego słudzy. Według Zarkina nie uzyskali wolności, bo wciąż są zależni. Nie potrafię tego zrozumieć. Według mnie wolność do dokonywanie wyborów, nawet jeśli wybralibyśmy częściową utratę niezależności. Dopiero, gdy ktoś cię do czegoś zmusza, wtedy jest się niewolnikiem.
Dziewczyna usiadła na podłodze i podniosła książkę leżącą obok łóżka. Udawała pogrążoną w lekturze, do momentu, gdy nie skończył pisać. Bardzo uważała, by nie dać po sobie poznać zdenerwowania.
– Nie ma już wosku? Przynosiłem go, jestem pewien – Rikken wstał i ogarnął wzrokiem rzeczy na stoliku.
– Mogę po niego iść – zaoferowała.
– Nie ma potrzeby, sam pójdę.
To była szansa, na którą czekała. Gdy tylko wyszedł, chwyciła pióro, rozwinęła list i zaczęła starannie przepisywać go na czysty papier, pomijając części dotyczące Zarkina. Pracowała szybko, ale miała świadomość, że trwa to zbyt długo. Ręka promieniowała bólem aż do ramienia. Jeszcze trochę... zakończenie, podpis i kopia była gotowa. Drugą kartkę zwinęła w kulkę i włożyła sobie do kieszeni.
Zdążyła.