środa, 1 listopada 2017

Rozdział 40 - Poszukiwania

– Czy ktoś widział króla? – Jun pytał każdego, kto wracał do obozu i z każdą usłyszaną odmową był coraz bardziej nerwowy. – Nie podoba mi się to, powinien dawno już wrócić.
– Trzeba zebrać gwardię i wyruszyć na poszukiwania – zadecydował Aymon – Musiało się coś stać.
– Zarkin! – kapitan podbiegł do chłopaka pełen nadziei – Siedziałeś cały czas na drzewie, musiałeś widzieć...
– Uratowałem cię – przypomniał. Kiedy Juna zaatakowało czterech madegaldzkich żołnierzy, zastrzelił ich.
– Galaspiael. Widziałeś go na pewno. Wiesz co się stało?
– Widziałem go ostatni raz dwie godziny przed tym jak zauważyłem ciebie. Potem zniknął mi z oczu, myślałem że przeniósł się gdzieś dalej – Zarkin szybko zerknął w kierunku namiotu królewskiego. – Nie wrócił?
Jun cofnął się ze złością, a cała nadzieja, wcześniej wyraźnie widoczna w jego oczach gdzieś zniknęła.
– Kto może niech idzie z nami! Król zaginął, musimy go jak najszybciej odnaleźć!
– Może jest w części dla rannych? – Zarkin podbiegł za Junem – Patrzyliście tam?
– Widziałem wszystkich którzy wracali... gdyby znalazł się w części dla rannych, zaraz powiadomiono by nas o tym! – krzyknął – przydaj się na coś albo przestań zawracać mi głowę!
– Nie denerwuj się kapitanie, pewnie zaraz się znajdzie. Pójdę tam, gdzie strzelałem. Można stamtąd ogarnąć wzrokiem dość duży obszar, a to właśnie tam widziałem go ostatni raz.
Zaczęli powoli, a z czasem do poszukiwań przyłączało się coraz więcej ludzi. Przeszukano praktycznie wszystkie miejsca, w których mógł być Galaspiael. Po trzech godzinach Jun stracił nadzieję i kazał wszystkim uważnie przypatrywać się ciałom poległych, ale wśród nich także nie odnaleziono króla.
Cała noc minęła na poszukiwaniach. Grupa na czele z Aymonem weszła w las, oświetlając sobie drogę lampionami i pochodniami. Nawet gdy wzeszło słońce, nie pozwolono na odpoczynek.
– Jun – Aymon podszedł do niego przedzierając się przez zarośla – Trzeba wracać. Moim zdaniem wyszliśmy już o wiele za daleko. Gdyby Galaspiael był ranny tak że nie dałby rady wrócić do obozu, z pewnością też nie pokonałby takiego dystansu.
– To co, twoim zdaniem zdezerterował?!
– Nie powiedziałem tego. Według mnie to dobrze, że nic nie znaleźliśmy. Pomyśl, gdyby zginął, już na pewno ktoś natrafiłby na ciało. Możemy przypuszczać, że nadal żyje. Nie wiem gdzie jest, może wybrał się na jakąś samotną misję, by zdobyć coś ważnego do swoich badań...
– W środku bitwy? Galaspiael nie jest już dzieckiem, nie zrobiłby tego.
– W każdym razie go tu nie ma – Aymon wzruszył ramionami – moim zdaniem nie dowiemy się dlaczego, dopóki sami go nie zapytamy, gdy wróci. Myślę, że należałoby wysłać kogoś do Madegaldu. Tam jeszcze nie szukaliśmy, a skoro już wybieramy się w tak dalekie trasy, czemu by nie do ich obozu?
– Myślisz że mogli go pochwycić? – zapytał półszeptem
– Wszystko jest prawdopodobne. Przed odwiedzeniem ich sprawdziłbym jeszcze sekanijski obóz. Jeśli go tam nie będzie, przynajmniej zyskamy kolejny oddział ludzi, który pomoże nam w poszukiwaniach. Nasi żołnierze chcą odpocząć i uczcić zmarłych towarzyszy. Trzeba zorganizować zastępstwo.
– Nie ma tu całej kagolańskiej armii. Z tych, którzy zostali w obozie można by uformować jeszcze dziesięć oddziałów – Jun kiwnął głową. – Zorganizuj zastępstwo i wyruszymy. Trzeba cały czas szukać.
*
Kiedy Galaspiael się ocknął okropnie bolał go prawy bark, ale to było nic w porównaniu do bólu głowy. Miał wrażenie, że jest tak ciężka jak nigdy, ledwo mógł otwierać powieki.
Patrzył otępiały w brązowy materiał nad sobą, zastanawiając się nad swoją beznadziejną sytuacją. Kiedy chciał poruszyć ręką, z przerażeniem stwierdził, że został zakuty w kajdany. Jednego był pewny; nie podda się bez walki. Madegaldczycy nie dadzą rady złamać w nim ducha i przysiągł to sobie w myślach kilkukrotnie.
Walcząc z bólem podniósł się do pozycji półsiedzącej i rozejrzał. Łańcuch przymocowany był do dużego pala na którym opierało się rusztowanie namiotu. Był na tyle długi, żeby dało się wstać, ale nic poza tym.
Zaczął oglądać swoje kajdany szukając w nich zatrzasku, ale nie mógł go zauważyć. Na łączeniu między dwoma bransoletami było miejsce na okrągły klucz. Domyślił się, że zwalniał on mechanizm który otwierał kajdany.
Nie miał klucza i raczej nie dałby rady go szukać, ale wiedział, że zamek da się otworzyć nie tylko nim. Zębami wyjął z buta klamrę i spróbował wygiąć ją tak, by pasowała.
Dłubał próbując oswobodzić chociaż jedną rękę, jednak bezskutecznie. Kajdany były jak wykonane dokładnie dla niego. Nie sposób było ich ściągnąć.
Kiedy do namiotu ktoś wszedł, Galaspiael z początku nawet go nie zauważył. Odwrócił się szukając wygodniejszego miejsca i wtedy niemal krzyknął widząc przeciwnika, razem z którym został ogłuszony wybuchem.
Patrzył na niego przez chwilę, a potem parsknął cicho. Głos miał przytłumiony przez maskę, także czasem usłyszenie tego co mówił stanowiło problem.
– To niewiarygodne kogo udało mi się przyprowadzić! Miło cię gościć tutaj, książę Kagolanii – powiedział i zaśmiał się złośliwie
– Królu jeśli już – odparł zimno – O ile pamiętam nawet podczas wojen obowiązują pewne umowy Na przykład o trzymaniu jeńców. Wiem teraz, że nasi przeciwnicy to ludzie bez choćby krzty honoru. Nie masz pojęcia jakie konsekwencje ci grożą za takie traktowanie mnie!
– Nie sądzę, że zbyt duże, biorąc pod uwagę, że jestem na swoim terenie otoczony swoimi poddanymi, a ty siedzisz skuty – chwycił za jego łańcuch i szarpnął – To jest bardzo wygodna metoda trzymania cennych jeńców. Na obóz lubią napadać różni ludzie, jeszcze by cię nam zabrali mości królu.
– Zabiorą mnie prędzej niż myślisz. Wszyscy mnie szukają, na pewno już ktoś znalazł trop – uchylił się gdy nad głową świsnął mu metalowy pręt. – Jak śmiesz!
– Znajdą... a może nie znajdą. Nie bądź taki pewny Wasza Wysokość.
Galaspiael roześmiał się.
– Ucieczka z Madegaldu należy do jednej z najłatwiejszych rzeczy, czego mam nie być pewny? Wszyscy wiedzą, że macie w stolicy twierdzę, w której była ukryta receptura dynamitu. Nie ma nóg, a zdążyła się wydostać! Nie potrafiliście upilnować kawałka pergaminu i to jeszcze w samym sercu kraju. Ze mną tym bardziej sobie nie poradzicie. Rozkuj mnie i walcz jak mężczyzna!
Człowiek w masce stanął w bezruchu i powoli odwrócił głowę
– Zadziwiające, że żaden sekanijczyk nie poruszył tego tematu. W ogóle żaden jeniec przed tobą nie wspominał o dynamicie, a nagle wyskoczyłeś z czymś, o czym nie powinieneś mieć pojęcia... Doniesiono mi, że to kagolańscy żołnierze dysponowali bronią podobną do naszej – nagle ten człowiek odrzucił pręt i zaśmiał się – Bogowie mi błogosławią, doprawdy.
– Albo przeklinają cię, tylko jeszcze się tego nie domyślasz.
– Wątpię. To nie ja trafiłem do niewoli. Mogłeś siedzieć cicho, a tak pobędziesz sobie tu jeszcze długo. Nie zmarnuję okazji do zemsty!
*
Od jakiegoś czasu poszukiwacze byli bacznie obserwowani. W ciemności ukrywał się szpieg, który po dłuższej chwili wycofał się ostrożnie i pobiegł w zarośla, gdzie czekał ukryty koń. ciemna postać szybko  na niego wsiadła, a następnie galopem skierowała się do madegaldzkiego obozu.
Gdy dotarła na miejsce, zdjęła czarną maskę, a dwaj wartownicy odsunęli się z szacunkiem. Kobieta rozpuściła włosy i niemal pobiegła do kwatery dowódców. Przy długim drewnianym stole siedział już ktoś. Gdy tylko ją zobaczył wstał i ukłonił się.
– Jest już ciemno Washarze. Możesz zdjąć maskę, myślę że światło lampionów i pochodni nie zaszkodzi twoim oczom. Powinieneś częściej wychodzić za dnia, to byłbyś już przyzwyczajony.
– Po co? Niedługo kończy mi się pobyt tu i będę musiał wrócić pod ziemię. Tylko bym sobie tym zaszkodził – urwał gdy zsunęła mu maskę z twarzy – Jakie wieści przynosisz, Najano?
– To dobry moment, by przedstawić nasze warunki Sekanijczykom. Zaczynają podejrzewać, że mogliśmy go pojmać i niedługo wyślą tu poselstwo.
– Rozumiem – przeciągnął powoli – Przykro mi, ale nastąpiła zmiana planów. Ja nie zamierzam oddawać im żadnego jeńca, nawet za bezpośredni dostęp do oceanu już teraz. On coś wie – dodał szybko, widząc jej nieme protesty. – Być może zna tego psa który znalazł recepturę i ją wykorzystał, albo sam nim jest. Obiecuję, że wyjadę wcześniej! Nie będę was narażał, ale proszę pomóż mi. Porozmawiaj z generałami w moim imieniu.
– Washarze, nie możesz go skrzywdzić, on jest królem! Jeśli coś mu się stanie, nas wszystkich czeka potępienie, nie słyszałeś legend?
– Słyszałem i wierzyłem w nie, dopóki nie stanąłem z nim do walki. Wierz lub nie, ale wtedy był sam. Nie pomagało mu żadne bóstwo, więc nawet jeśli ono istnieje, to musiało się go wyrzec. Żadna nieznana siła nie stanęła w jego obronie, teraz na pewno będzie podobnie.
– A nie uważasz, że powinniśmy stawiać dobro kraju przed własnym? – Najana zaatakowała z innej strony – Gdyby nie sojusz z Kagolanią, król Sekanii nie zdołałby odbić ziem, które zajęliśmy. Mając tak cennego jeńca możemy odwrócić losy wojny całkowicie!
– Nie obchodzi mnie ta wojna – spojrzał za okno, na miejsce, gdzie uwięziony był Galaspiael i zmrużył oczy – Przez niego moje życie legło w gruzach. Nie zrozumiesz tego, twój mąż żyje, dzieci tak samo. Po tym wszystkim wrócisz do domu, a co rano będziesz podziwiała wschód słońca. Ja nie mam już domu, do którego mógłbym wrócić.
– To nie on zamordował twoją rodzinę i wygnał cię – przypomniała – Naimoor kazał to zrobić.
– Po tym jak dowiedział się o eksplozjach na sekanijskiej plaży. Ten szczur prawie przyznał się do winy! Śmiał mi się w twarz, mówiąc jak łatwo receptura dynamitu opuściła Madegald. Według mnie, gdyby nie miał z tym nic wspólnego, nawet by o tym nie wspomniał. – Washar urwał i nabrał głęboko powietrza – Ostatni raz wykonam obowiązek strażnika receptury. Może jeśli dobrze mi z nim pójdzie, bogowie dadzą mi też szansę zemsty na Naimoorze.
Najana nie wiedziała już, jak ma go przekonać, by porzucił pomysł, który zrodził się w jego głowie.
– Rób co chcesz. Ale wiedz, że dopóki nie znajdą ciała, nie przestaną szukać.
Mężczyzna zacisnął gniewnie usta i podniósł rękę, jakby chciał nią uderzyć w stół. Zaraz jednak opuścił ją śmiejąc się triumfalnie.
– To damy im ciało. Tylko trzeba poszukać kogoś odpowiedniego i możemy zaczynać negocjacje. Pomożesz mi, prawda?
– Pomogę. Ale do czasu gdy go jeszcze szukają, postaraj się hamować gniew.
*
– Kiedy byliśmy młodsi, zawsze mówił, że czuje się tu jak w więzieniu. Rozumiem go teraz.
Lin-Si nie wspominała o Galaspiaelu często, a jeśli już to w towarzystwie najbardziej zaufanych sług. Kalena wcześniej do nich nie należała, jednak ostatnio jej stosunki z królową znacznie się poprawiły.
Zarówno dziedziniec jak i ogród były odizolowane od świata zewnętrznego grubymi murami, ale zajmowały naprawdę dużą powierzchnię. Dziedziniec przed pałacem pomieściłby spory tłum ludzi, a w ogrodzie łatwo było się zgubić, dlatego Lin-Si trudno było pojąć, dlaczego Galaspiael czuł się osaczony na jej zdaniem otwartej przestrzeni.
– Też czuję się jak w więzieniu. Powinnam tam jechać – powiedziała cicho – źle mi, że zostałam, chcę pomóc.
– Masz może własną armię? Jeśli nie, to niewiele byś pomogła. Jedna osoba więcej czy mniej na polu bitwy, to niewiele zmienia.
– Nie zgadzam się z tobą pani. Wiele czytałam o wojnie i zawsze to właśnie jedna osoba na polu bitwy okazywała się tą najważniejszą, bohaterem, dzięki któremu królowie zwyciężali. Zawsze ktoś taki był.
Lin-Si roześmiała się słysząc jak wzniośle Kalena wypowiedziała te słowa.
– Rozumiem że to ty jesteś naszą bohaterką? – Nagle spoważniała – Oboje nie macie pojęcia czym tak naprawdę jest wojna. Może on zdołał się właśnie o tym przekonać. To nie jest zadanie, jakie przywykłaś wykonywać.
– Więc po co to wszystko było? – Kalena odwróciła się ze złością – Po co cała ta nauka w Yagn-Sho a potem tu? Nie chcę siedzieć bezczynnie jak bezbronne dziecko.
– To co chcesz zrobić? Kobiet nie przyjmują do armii. Galaspiael napisał, że bardzo dobrze im poszło, nie masz się o co martwić. Jeszcze dwie, góra trzy bitwy i Sekania wygra.
Wieści wojenne rozchodziły się powoli przez utrudnienia na granicach. Dopiero poprzedniego dnia do pałacu dotarła informacja o zwycięskiej pierwszej bitwie. Uspokoiły one Lin-Si, ale Kalena nadal się martwiła. Kilka razy sama czytała wiadomość, próbując odnaleźć w zapisanych słowach pocieszenie, ale nie potrafiła.
– Ja tak nie potrafię! – wycedziła przez zęby
– Och, to rób co chcesz, ale skoro masz jasny rozkaz, po co ten cyrk? Źle ci tu? Galaspiael niedługo wróci i wszystko będzie jak dawniej. Kto będzie bronił pałacu, jak pojedziesz? Nie pomyślałaś, że może ta jedna osoba będzie potrzebna właśnie tutaj?