piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 33 - Zadania

– Jesteś beznadziejna! – krzyk kapitana rozległ się nad jej głową. – Wstawaj, ile mam czekać?!
Pierwsze treningi nie należały do najłatwiejszych i przypominały Kalenie jej początki w Yagn-Sho. Tym razem jednak nie zamierzała poddawać się zbyt łatwo.
– Ja ci pokażę beznadziejną, ty stary niedorajdo! – szybko poderwała się i zaatakowała po raz kolejny.
– Powoli! Wsłuchuj się w swoje ciało! – Jun odparł jej atak i sam przystąpił do natarcia, niemal powalając ją na ziemię. – Męczysz się, a przeciwnik nadal ma siłę, powinnaś wyciągnąć z tego wnioski. Co robisz źle?
– Nie wiem! Chciałam cię zaatakować raz i zakończyć to.
– Właśnie. Masz jakąś manię na tym punkcie, daję słowo. Nie ustalaj sobie żadnego schematu nie ma dwóch takich samych przeciwników i dwóch takich samych walk.
Kalena zaatakowała jeszcze raz, tym razem oszczędzając resztki swoich sił. Jun i tak ją pokonał, była już zbyt zmęczona. Leżała chwilę na plecach oddychając ciężko i nie zwracając uwagi na jego zirytowanie.
– Będziemy pracować nad twoją sprawnością. Jesteś dobra, ale nie tak dobra, jak członkini Srebrnej Gwardii powinna być. Męczysz się bardzo szybko i to cię gubi. Jak na razie trening będzie twoim celem na kilka przyszłych miesięcy. Chodź tu – przywołał ją gestem i usiadł na ziemi krzyżując nogi – po każdej walce, nawet najmniejszej musisz znaleźć chwilę, by wsłuchać się w swoje ciało. Niektórych uderzeń możesz nawet nie poczuć, ale po czasie okazuje się, że spowodowały mocne uszkodzenia. Zamknij oczy i postaraj się skupić na sobie.
– Boli mnie prawy bok – stwierdziła – reszta to otarcia.
– Boli cię, bo ciągle naciągałaś ten kubrak, zamiast skupić się na obronie! Po przerwie masz go zdjąć.
Kalenę przeszedł dreszcz. Założyła specjalnie strój z długimi rękawami, ponieważ chciała w ten sposób zakryć swoje piętno. Bardzo dbała, by nikt nie poznał jej przeszłości. Nie chciała jeszcze raz przeżyć podobnej sytuacji, której doświadczyła w Yagn-Sho, gdy Mizar zobaczył jej odsłonięte ramię.
– Przebiorę się na coś luźniejszego i będzie dobrze – odpowiedziała, ale akurat wtedy szarpnął za materiał ściągając go mocno w dół. Złapała w ostatniej chwili.
– Przecież cię nie zjem, chcę tylko żebyś to ściągnęła – mruknął spokojnie i szarpnął jeszcze raz, tym razem o wiele mocniej. Odskoczyła, ale chwycił ją za ramię.
– Ach tak – pokiwał głową – mogłem się domyślić.
– Król o tym wie, możesz go zapytać – wyszeptała w przerażeniu – sam chciał mnie w gwardii.
Bez słowa podciągnął w górę rękaw i pokazał jej lewe ramię. Miał je całe poznaczone bliznami, a jedna z nich była wyjątkowo charakterystyczna.
– Nie zauważyłaś jeszcze?
– Ty też?
– A co myślałaś że jesteś jedyna? – odwrócił wzrok – Jest wielu ludzi, którym ktoś postanowił dać szansę. Mi też.
– Nie sądziłam, że mógłbyś kiedyś być niewolnikiem.
– Zostałem zniewolony z całą rodziną, gdy miałem jakoś jedenaście lat. Zadłużyliśmy się u jakiegoś człowieka i to dość poważnie. Postanowił nas sprzedać. Do tej pory nie zapomniałem co to strach i życie w nędzy.
– Kto cię wyzwolił?
– Poprzedni król. W ostatniej chwili mnie wyrwał. Byłem już na skraju wytrzymałości, nie wiem czy dałbym radę żyć w ten sposób. Nie wątpię, że urodzonym w niewoli także jest ciężko, ale gdy całe twoje dotychczasowe życie zostaje zabrane, jest to moim zdaniem o wiele bardziej bolesne. Gdy zasmakujesz wolności, utrata jej jest raniąca. Miałem szczęście, że znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie – objął ją ramieniem i poklepał pocieszająco. – Nie wstydź się tego piętna. Jeśli ci przeszkadza, możesz poprosić, by ci je usunął albo zrobić to sama.
– Miałam go o to poprosić, ale wyleciało mi z głowy – przyznała.
– Pilnuj swoich spraw! Przyda ci się, gdy będziesz znów gdzieś jechać. Ludzie niby wiedzą, że władca ma dodatkowe prawa, ale dopóki piętno nie jest skreślone, mogą ci robić problemy. Jestem pewien, że Jego Wysokość zrobi to dla ciebie, widać na pierwszy rzut oka, że bardzo cię kocha. Głupio zrobiłaś odrzucając go.
Kalena wstała i odsunęła się od niego.
– Przepraszam, ale to już nie jest twoja sprawa kapitanie. Nie kocham Galaspiaela – oświadczyła chłodno –  nie znaczy to, że go nienawidzę, wręcz przeciwnie, lubię spędzać czas w jego towarzystwie i jestem wdzięczna za wszystko, co zrobił dla mnie, ale po prostu nie kocham go. Nie chcę układu, w którym musiałabym udawać, że jest inaczej, dla jego przyjemności.
– Nie masz pojęcia co mówisz – stwierdził – on jest królem. Gdyby chodziło mu o przyjemność, to wziąłby sobie ciebie gdy tylko nabrałby ochoty i nikt nie miałby prawa mu tego zabronić.
– Kiedy nie robisz komuś krzywdy, mimo że możesz, to nie dowodzi twojej wielkiej miłości. To dowidzi tylko, że nie jesteś potworem. Nie wiem czy kiedykolwiek kogoś kochałeś kapitanie, ale z pewnością wiesz, że nie jest to uczucie, które można wywołać i stłumić wedle uznania.
– Wiem. Nie zamierzam się już wtrącać w twoje prywatne życie. Odpocznij trochę i zaraz wracamy do pracy!
*
Galaspiael nie znalazł Lin-Si w jej komnacie, ani w żadnym innym miejscu, gdzie normalnie spędzała czas. Jedna z jej służących pokierowała go do ogrodu.
Od dziecka pamiętał, że przy pałacu zawsze były wielkie ogrody, ale spędzał w nich tak niewiele czasu, że teraz było to dla niego praktycznie obce miejsce. Królewscy ogrodnicy utrzymywali je jednak w absolutnym porządku. Mieli własną inwencję, nie potrzebowali specjalnych rozkazów. Uważał, że to dobrze, skoro nie potrafił sobie poradzić nawet ze swoimi kilkoma grządkami w domu.
– Gdybym to ja bał się o swoje życie, nie wychodziłbym z pałacu bez ochrony – powiedział spokojnie. Przy jego żonie była tylko jedna osoba i to nawet nie z gwardii, a zwykła służąca.
Odwróciła się gwałtownie, zaskoczona że podszedł tak blisko i zrobiła mu miejsce na ławce.
– Powiedz mi, mam jechać do domu, czy zostać tu? Nie wiem sama gdzie byłoby mi gorzej.
– Nie mam nic przeciwko, byś wyjechała na kilka dni, jeśli tego ci potrzeba – oświadczył.
Lin-Si prychnęła w dobrze znany mu sposób.
– Wyjechałabym, gdyby nie ojciec i jego ulubienica Min. Brakuje mi domu, ale wiem, że nie daliby mi spokoju. Jin pisała mi, że wielka przyszła królowa
– Trudno o spokojniejsze miejsce niż to.
– Pełne zdrajców – syknęła – zrozumiałam dlaczego ciągle od tego uciekałeś.
– Ona nie była niewierna od początku. Być może kiedyś służyła ci ze szczerego serca, dopóki Nawarin jej nie omamił.
– To nic nie zmieni, zabiła się. A on nadal żyje? – zapytała  krzywiąc się z niesmakiem.
– Nie mogę go jeszcze zabić, on też został przez kogoś zwiedziony. Był narzędziem, podobnie jak ona. Muszę jeszcze się zastanowić, co z nim zrobić. Powinniśmy jednak ustalić coś między sobą – powiedział twardo patrząc prosto na nią. – Sama stwierdziłaś, że otaczają nas potencjalni zdrajcy. Nie możemy jednak popaść w obłęd. We dwoje siedzimy w tej klatce, a oni wszyscy są na zewnątrz. Powinniśmy ufać sobie nawzajem, bo inaczej zwariujemy.
– Czyli co?  Mam cię nie podejrzewać o jakieś niecne zamiary? – w kącikach jej ust pojawił się delikatny uśmiech.
– Dokładnie. Ani ja też nie będę podejrzewał ciebie.
– Nie będę. Mógłbyś mi jakoś pomóc? –  Nie chcę, by moje życie wyglądało w ten sposób.
– Nie będzie. Po czasie zauważysz, że boisz się coraz mniej, a w końcu to zniknie całkowicie. Daj sobie czas. Idę trochę popracować... – urwał i zerknął na nią – Chyba że mam zostać z tobą?
– Idź. Ale postaraj się wrócić na noc. Nie wyglądasz dobrze, musisz spać.
Pokiwał tylko głową z uśmiechem i ruszył do pracowni. Notatki nęciły go i denerwowały, bo mimo że się starał, nie dawał rady zrobić nic.
Był zły na siebie, gdy musiał spędzać czas na medytacji, zamiast na pracy. Teraz dodatkowo nie mógł się na niej skupić, bo ciągle myślał o Lin-Si. Martwił się o nią. Niby wszystko było w porządku, ale martwił się o nią. Czuł, że nie było tak jak wcześniej i jak na razie  tylko tyle wyczuwał.
Zamknął za sobą wszystkie drzwi i usiadł na środku pokoju. Obiecał sobie, że poświęci na to tydzień. Tylko tydzień, a jeśli nie zdoła nic zrobić, zajmie się innymi sprawami.
*
– Kto tu jest! – Nailan aż podskoczyła, gdy pod jej nogi potoczyła się duża pokrywka. Zmarszczyła brwi i spojrzała na Zarkina – Jest pan wyjątkowo niezdarny, jak na wyszkolonego wojownika.
Chłopak uśmiechnął się przepraszająco i usiadł obok. Udawała, że nie zwraca na niego uwagi i jest całkowicie pochłonięta wyszywaniem wzoru na jedwabnej chuście.
– Niedługo wyjeżdżam – oznajmił – żałuję, bo chciałem spędzić z panią trochę więcej czasu.
– A gdzie pan jedzie? – zapytała nie podnosząc głowy.
– Do Enili. Pani pewnie nie wie gdzie to jest...
– Tak się składa, że znam dobrze tamte okolice – odparła hardo, co wydało mu się wyjątkowo urocze. – Niech pan na siebie uważa, to nie Sekania, to Madegald.
– A może pojechałaby pani razem ze mną? Byłoby mi bardzo miło.
– A mi z takim towarzyszem byłoby niesłychanie nudno!
Chłopak roześmiał się i oparł dłoń na rękojeści swojego sztyletu.
– Mogę zapewnić, że misje Srebrnej Gwardii nie należą do nudnych.
– Pan tam jedzie kogoś zabić? – spytała z przejęciem.
– Oczywiście. Ukrywa się tam niebezpieczny przeciwnik króla i spiskuje. Jadę wymierzyć mu zasłużoną karę za nastawanie na nasz spokój.
– Jak to dobrze, że mamy pana. Nikt inny by się na to nie odważył...
– Z pewnością nie! – nie zauważył ironii w jej głosie – Tak więc do widzenia, mam nadzieję, że gdy wrócę, spotkamy się jeszcze.
– Do widzenia, do widzenia – mruknęła beznamiętnie, ale gdy odszedł, obejrzała się za siebie i delikatnie uśmiechnęła.
Zarkin był zadowolony z tego pożegnania. Planował po powrocie zbliżyć się jeszcze bardziej do Nailan. Kiedy wrócił do domu, Kaleny jeszcze nie było, ale już wcześniej wiedziała, że wyjeżdżał.  Zauważył, że spakowała mu prowiant do tobołka. od pewnego czasu zachowywała się wobec niego jak starsza siostra. Żałował, że nie jadą razem, ale wiedział, że teraz miała na głowie treningi.
Wszyscy mieli swoje własne zadania do wykonania.