wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział 24 - Astinia

– Co robisz? – Zarkin zauważył Mei, gdy szła trzymając w rękach miskę z czymś wyjątkowo smacznie pachnącym – To jedzenie? Daj trochę!
– Chcę zrobić chantum na kolację – odparła spokojnie – Nie mogę ci teraz tego dać panie, musi chwilę poleżeć w sosie.
Chantu było potrawą, którą dało się przyrządzić praktycznie ze wszystkiego. Często wykorzystywano do tego resztki z innych potraw. Zapiekaną lub zalewaną mieszankę warzyw i mięsa najpierw uważano za jedzenie typowe dla niższych klas społecznych, jednak z czasem zyskała ona swoich sympatyków nawet w wyższych klasach.
– Daj mi to teraz – zażądał, a gdy dziewczyna ponownie stanowczo odmówiła, spojrzał na nią starając się przybrać groźny wyraz twarzy. Jednak kąciki jego ust zaczęły drgać i unosić się w górę, psując cały efekt surowej maski.
– Popsujesz wszystko – powiedziała z wyrzutem, na co on pokręcił głową i zaczął siłą rozprostowywać jej palce.
– Już jest dobre – przekonywał – Od nieświeżego jedzenia można się zatruć. Lepiej nie czekać i teraz wszystko zjeść. Chodź – wolną ręką chwycił ją za nadgarstek i poprowadził w stronę ich sypialni.
– Kiedy wychodziłam z kuchni, zauważyłam mistrza Aymona – powiedziała cicho, rozglądając się dookoła, czy ktoś czasem nie idzie za nimi – Zachowywał się dziwnie. Rozmawiał z kimś z zewnątrz.
– Mistrzowie mogą wychodzić stąd kiedy im się podoba i wpuszczać kogo chcą. Tylko uczniowie mają w tej kwestii ograniczenia – chłopak uchylił jej drzwi i gestem nakazał wejść do środka.
– Wiem, ale ten ktoś nie wyglądał na Skrybę. Był ubrany jak członek Sprzysiężenia Sprawiedliwych.
– Jesteś pewna? – Zarkin spoważniał.
– Spędziłam z nimi zbyt dużo czasu by się pomylić – odparła.
– To ciekawe – stwierdził – no, skądś musiała się wziąć ta świetna znajomość madegaldzkiego. Wyjmij sobie miskę albo talerz.
– Panie, naprawdę ciągle myślisz o jedzeniu?
– To Mizar powinien się martwić, że jego mistrz jest nielojalny. Jeślibym to udowodnił, skazanoby go na śmierć, więc nie powinien mi już więcej wchodzić w drogę. Ale teraz to nieważne. Jedzmy. Później będę musiał się spakować.

Kilka dni później wszyscy jechali do Sekanii.
Aby zachować to w sekrecie, zrezygnowano z wyjazdu całą grupą. Ponad trzydziestu ludzi przykuwałoby zbyt wiele uwagi, postanowiono więc, że będą opuszczać kwaterę w równych odstępach parami.
Było jasne, że gdy ostatnia para pojawi się w Astinii, pierwsza zacznie już treningi. Mieli tam spędzić trzy tygodnie na intensywnej nauce i wymianie doświadczenia z żeńskim Stowarzyszeniem. Przewidziano wspólne lekcje pływania oraz maskowania się. Tego w Yagn-Sho nie uczono, ze względu na położenie kwatery. Za to w sekanijskim Stowarzyszeniu przykładano mniejszą wagę do nauki języków.
Kalena i Galaspiael mieli jechać praktycznie w środku nocy. Ostatni raz mogli razem spędzić trochę czasu, później książę musiał już zająć się swoimi obowiązkami. Właściwie to jechał z nią tylko dlatego, że chciał wypróbować swój nowy wynalazek, a sekanijska plaża nadawała się do tego znakomicie.
– Dobrze, że teraz wypadło tak, że to my jedziemy do nich. Kiedy ja byłem uczniem, to one przyjechały do nas – mówił Galaspiael – Pełno ich było wszędzie, po prostu zero prywatności. Nienawidziłem tych panienek z całego serca.
– Aż tak?
– Kiedy jesteś pierwszy w walce i nagle spadasz prawie na sam dół, bo jakaś sekanijka ubiła cię absolutnym szczęściem to tak. To był czas, gdy naprawdę zależało mi na byciu dobrym uczniem, ale nadal źle się zachowywałem. Chyba przez to że tak się starałem na lekcjach zachowano mnie na drugi rok, zamiast odesłać z powrotem. Mój mistrz uparcie wierzył, że kiedyś dojrzeję.
– Co się z nim stało? Dlaczego teraz nie uczy?
– Zaraz gdy skończyłem szkolenie, wyjechał. Mieliśmy ogromny zastój w Yagn-Sho. Przez trzy lata nie dało się zebrać grupy. To miejsce staje się smutne, gdy nie ma w nim uczniów. Po jakimś czasie mistrz Tessalego także gdzieś zniknął, a z nim jeszcze kilku – urwał i westchnął, a potem uśmiechnął się – Mam nadzieję, że nic im nie jest. Być może zaczęli pracę w innej kwaterze.
Powoli skierowali się do przesmyku, po którego drugiej stronie znajdowały się sekanijskie lasy. Stamtąd dojazd do stolicy; Suei zajmował około dzień. Nie był to jednak ich cel podróży, choć Galaspiael dużo opowiadał o tym mieście. Obiecał Kalenie, że kiedyś się tam wybiorą, ale dziewczyna szczerze wątpiła, że kiedykolwiek nadarzyłaby się na to okazja.
– Umiesz zasnąć na siedząco? – zapytała Kalena, widząc że chłopak co jakiś czas przymyka oczy.
– Nie – odparł i ziewnął – jeżeli będziesz zbyt zmęczona, możesz odpuścić sobie pierwsze lekcje. Chyba że zaśniesz teraz.
– Boję się że spadnę.
Książę poprawił tobołki, które zaczęły się powoli zsuwać. Tymczasem z naprzeciwka nadjechało dwóch mężczyzn. Kiedy Kalena chciała ich wyminąć, zagrodzili jej drogę.
– O co chodzi?! – warknęła zdezorientowana.
– Puśćcie nas – poprosił Galaspiael – chcemy bezpiecznie dojechać do Sekanii i nie sprawiać nikomu problemu
– Mamy prawo przypuszczać, że jesteście ze Stowarzyszenia Skrybów – odezwał się jeden z mężczyzn.
– Gratuluję ci tak lotnego umysłu przyjacielu. Ja mam prawo przypuszczać, że jesteście ze Sprzysiężenia Sprawiedliwych.
  – Tak – potwierdził skwapliwie – Jesteśmy ze Sprzysiężenia! Absolutnie!
Kalena zacisnęła usta, widząc że nie prowadzi to do niczego dobrego. Byli zdani na siebie, ostatnia para miała znaleźć się w tym miejscu dopiero za kilka godzin. Miała cichą nadzieję, że obejdzie się bez walki. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe, gdy zobaczyła, że wszyscy troje zsiedli z koni.
– Na co czekasz?
Osłupiała, gdy zwrócił się do niej. Nie chciała walki z tymi ludźmi. Zwykle wierzyła w swoje umiejętności, ale nie teraz.
Galaspiael spokojnie czekał na atak. W końcu jeden z mężczyzn z dzikim okrzykiem natarł na niego. Myślał że mocnym uderzeniem złamie obronę chłopaka, ale ten odpowiedział pewnie. Rzadko kiedy ludzie brali go za doświadczonego szermierza, co często wykorzystywał w walce.
Kalena nie mogła biernie się przyglądać. Zaatakowała nie myśląc o konsekwencjach. Przeciwnik był od niej wyższy i wyglądał na o wiele silniejszego, więc musiała być ostrożna. Dwa ostrza dawały tylko pozorną przewagę, jeśli się nie potrafiło tego prawidłowo wykorzystać.
– Uspokój się! – poradził jej mistrz,  jednocześnie kopiąc swojego przeciwnika w brzuch – nic się przecież nie dzieje. To taki trening.
Gdy usłyszała jego głos, poczuła się pewniej i znów zaatakowała, tym razem z większym spokojem. Niestety to jej przeciwnik narzucał tempo, aż w końcu nie mogła robić nic, oprócz bronienia się. Galaspiael to zauważył i szybko podbiegł jej pomóc.
Naraz poczuła niewypowiedzianą ulgę, ale jednocześnie wstyd. Tyle czasu poświęciła nauce walki, tylko po to, by w chwili, gdy miała niepowtarzalną okazję się sprawdzić, on musiał ją ratować.
– Co z nimi zrobimy? – zapytała niepewnie.
– Myślę, że powinnaś ich zabić – odparł, a jej zmroziło krew w żyłach.
– Nie! – mężczyzna, który walczył z Galaspiaelem spróbował się podnieść, ale znów upadł na ziemię – zlituj się, błagam.
– Albo pobijmy ich jeszcze mocniej, wtedy nauczą się, by nie atakować podróżnych – chłopak zaśmiał się – Nie jesteście wcale ze Sprzysiężenia, prawda?
– Nie zabijaj nas, drogi panie – do rozmowy włączył się drugi – No nie jesteśmy w tym Sprzysiężeniu, ale rozumiesz, że żyć za coś trzeba, tak? My naprawdę nie chcieliśmy nic złego, może tylko trochę uszkodzić i zabrać coś, ale tylko tyle.
– Jeśli będziecie się podszywać pod Sprzysiężonych, to długo się życiem nie nacieszycie – powiedział chowając shen do skórzanego futerału – Oni potrafią odszukać kogoś nawet na drugim końcu świata. Lepiej żeby się o was nie dowiedzieli.
Dał znak Kalenie, by wsiadła z powrotem na konia.
– Nie dowiedzą się, spokojna głowa – szepnął tak, że już go nie usłyszeli –  Teraz będziemy mówić, że jesteśmy ze Stowarzyszenia Skrybów.


– Przepraszam – powiedziała cicho.
Galaspiael spojrzał na nią ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
– Nie zrobiłaś nic złego. Stanęłaś do walki, to się ceni.
– A co to była za walka? Zarkin i Mizar potrafili urządzić pojedynek na którym dali z siebie wszystko i walczyli odważnie, a ja? – odwróciła wzrok – Ja się bałam wyjąć broni.
– Powiem ci w sekrecie, że ja też się bałem, gdy nagle tak na nas wyskoczyli. Akurat tak wyszło, że musiałaś walczyć z tym bardziej obrotnym i popatrz jak świetnie sobie poradziłaś! Gdyby komuś przyszło oceniać wasze szanse, każdy powiedziałby, że on cię zmiażdży.
– Zmiażdżyłby, gdybyś mi nie pomógł.
– Pomogłem tylko dlatego, że odwróciłaś jego uwagę i mogłem zająć się tamtym. Jestem zmęczony, nie zdołałbym pokonać ich w pojedynkę po nieprzespanej nocy... nawet po przespanej bym nie zdołał. To nic złego że się bałaś – powiedział z naciskiem, widząc, że nadal nastrój jej się nie polepszył – Myślisz że Mizar, Zarkin i oni wszyscy by się nie bali na twoim miejscu? Dopiero by się bali! Pamiętam moją pierwszą poważną walkę, byłem przerażony. W pewnym momencie zapomniałem najprostszych ruchów, bałem się, że zginę w tej walce. Też chciałem uciekać.
Wymyślił to sobie. Taka była pierwsza myśl, która pojawiła się w jej głowie. Nie dowierzała, że kiedyś mogło się tak stać. Galaspiael był świetnym szermierzem. Miał prawdziwy talent, nie musiał zbyt bardzo się starać, by dorównać komukolwiek, to inni starali się dorównać jemu.
Po kilkudziesięciu minutach spokojnej jazdy znów ogarnęło ją zmęczenie. Na szczęście zaledwie godzinę później dojechali do miasta.
Pierwsze lekcje już się rozpoczęły, ale niewielu uczniów z Yagn-Sho w nich uczestniczyło. Zarkin był jedną z pierwszych osób, które dotarły do Astinii, więc brał już w nich udział.
Na dziedzińcu, otoczonym murem z czterech stron, stało ponad pięćdziesiąt osób, każda w równym odstępie od siebie. Między nimi było wystarczająco dużo miejsca, by móc swobodnie ćwiczyć.
Sekanijska mistrzyni walki, Raivara stała naprzeciw całej grupy uczniów i pokazywała im nowe chwyty, kopnięcia i uderzenia, które trenowali powtarzając kilka razy. Później w parach trenowali walkę. Zarkina denerwowała jego partnerka, której ruchy były sztywne zupełnie nieprzemyślane. Trening był wyjątkowo wykańczający. Przewidywano jedynie dwie przerwy; na sen i krótką, dwugodzinną na obiad. Odpoczynkiem od ćwiczeń fizycznych były lekcje kaligrafii, historii i rachunków i na odwrót. Wieczorem uczniowie musieli jeszcze zostać, by posprzątać i przygotować wszystko na następny dzień.
Nadszedł czas na lekcję kaligrafii. Każdy dostał kilkanaście czystych kartek do ćwiczeń i teksty, którymi mieli się wymieniać. Zarkinowi przypadł list, którego autor opowiadał o udanych zbiorach. Z pewnością nie był to jednak rolnik, bo język jakim się posługiwał przyprawiał chłopaka o skrajną irytację. Długo porównywał swoje pole do złocistego oceanu. Ostatnich znaków Zarkinowi nie chciało się odszukiwać w słowniku, odwzorował je po prostu kreska po kresce i wymienił się z siedzącą obok Sekanijką.
Atmosfera była inna niż w ich kwaterze. Wszyscy siedzieli przy pięciu podłużnych stołach, wyższych niż te kagolańskie. Mogli chodzić po sali i rozmawiać półszeptem jeśli chcieli.
– Mei – Zarkin zauważył dziewczynę i przywołał ją gestem do siebie – Przynieś mi coś do jedzenia,umieram z głodu.
– Chodź ze mną – poprosiła – dlaczego nie wziąłeś nic z jadalni?
– Nie było czasu, a przerwa jest dopiero za kilka godzin – wytłumaczył – Gdzie tu jest jadalnia?
– Niedaleko. Pokazać ci? – nie czekając na odpowiedź wzięła go delikatnie za rękę, ale wyrwał się jej. Nikt nie zwracał na nich uwagi, gdy wychodzili na korytarz.
– Szybko się zorientowałaś – przyznał – byłaś tu kiedyś?
– Łatwo się zorientować w sekanijskim domu. Ten jest zbudowany na tej samej zasadzie co wszystkie, tylko w większej skali. Proszę – otworzyła mu drzwi. Zaraz dotarł do nich zapach pieczonego mięsa.
– Kiedy mieszkałaś w sekanijskim domu? – ciągnął. Widział, że nie chciała o tym rozmawiać, a to tylko wzmagało jego ciekawość.
– Kilka lat temu. Nie lubię o tym mówić częściej niż to naprawdę konieczne.
– A gdy ci rozkażę?
Resztki uśmiechu zniknęły z jej twarzy. Spojrzała mu w oczy ze smutkiem i pokręciła głową.
– Wybacz mi to panie, ale nie wykonam tego rozkazu. Możesz mnie za to ukarać na każdy możliwy sposób, jaki tylko przyjdzie ci do głowy, ale po prostu nie wykonam tego.
Blondyn odsunął sobie kopniakiem krzesło i usiadł na nim prychając gniewnie.
– I ty żądasz zaufania do siebie?
– Niczego nie żądam, tylko proszę żebyś mi nie kazał o tym opowiadać. Zbyt dużo przeszłam, chciałabym móc zacząć wszystko od nowa i nie wracać do przeszłości.
– To w takim razie odejdź i nie wracaj, dopóki nie zechcesz ujawnić swojego sekretu – wycedził – Nie chcesz ze mną rozmawiać, dobrze więc. Znajdź sobie innego kretyna i się go uczep.
Dziewczyna słysząc to z przerażeniem osunęła się na kolana. Zignorował ją i odwrócił się ostentacyjnie.
– Panie, dlaczego taki jesteś? – wyjąkała – Jeśli tak bardzo chcesz, to powiem. To się łączy z moim pierwszym właścicielem, on mieszkał w Sekanii. Kilka miesięcy po sprzedaniu w niewolę bardzo się buntowałam i... ja zrobiłam mu krzywdę.
Chłopak słysząc to osłupiał. Westchnął głęboko i przetarł sobie oczy.
– Tylko tyle? – wstał z krzesła i kucnął przy niej – Głupia jesteś. Nie rozumiem, dlaczego wstydzisz się o tym opowiadać. Co w tym złego, że taka byłaś? – zapytał całkiem poważnie – Trzeba umieć dbać o swoje interesy. Uwierz, każdy człowiek jakiego znasz byłby zdolny do skrzywdzenia cię. Przyjaciele może wzbranialiby się na początku, ale gdyby zapłacić im dostatecznie dużo, zrobiliby z tobą najgorsze rzeczy.
– Ale ty nie rozumiesz, ten człowiek mnie przygarnął utrzymywał...
– Gdy skończyłem dziesięć lat, zacząłem podtruwać tych, którzy mi się naprzykrzyli. Najczęściej mojego właściciela i jego żonę. Marzyłem żeby umarł, ale niestety matka to zauważyła i kazała przestać. On też trzymał mnie w swoim domu. Ale jednocześnie też bił, głodził i upokarzał. Nie sądzę, że zrobiłem coś złego – pogładził ją po policzku – ty też nie powinnaś. Jeśli nie zrobił ci krzywdy, to albo nie zdążył, albo nie miał w tym żadnego interesu.