czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział 32 - Cel

Epag było niewielkim miastem, bardziej madegaldzkim, niż velikańskim. Oficjalnie nadal należało do Velikanii, ale na ulicach coraz częściej dało się słyszeć język, którym posługiwano się w Cesarstwie. Zabudowa też była inna, coraz bardziej zaczynała przypominać tę południową.
Wśród tamtejszej młodzieży, Zarkin zrobił furorę swoją celnością. Zatrzymali się, by coś zjeść, a wtedy otoczyła ich gromada młodych chłopców, wręcz błagając, by im pokazał jak się strzela. Długo nie musieli go namawiać, lubił popisywać się swoimi umiejętnościami i być za nie podziwiany.
Kiedy Galaspiael zdradził jej, że zatrzymają się u byłego Okiani, Kalena sądziła, że będą mieszkać w wytwornym domu. Zdziwiła się więc, widząc, że pod adresem który dostała, mieściła się zwykła kamienica, dobra dla przeciętnego mieszczanina. Ich gospodarz wyszedł po nich osobiście.
– Gdy Jego Królewska Mość przysłał mi list, to o mało nie umarłem ze strachu – zaczął po zdawkowych powitaniach. – Wszystko z nim dobrze?
– Gdy wyjeżdżaliśmy, był całkowicie zdrów i pełen zapału do pracy – odparła Kalena.
Okiani, którzy zrzekli się swoich obowiązków, na przykład na rzecz dzieci, mogli zamieszkać poza granicami Kagolanii. Nie tracili tytułów do końca życia, a w ojczyźnie musieli się pojawić tylko w razie pogrzebu władcy. Z tego przywileju skorzystał Takiwa.
Weszli do domu, w którym pachniało pieczoną kaczką. W środku był tak bardzo kagolański, na ile tylko się dało, ale z domieszką madegaldzkiego stylu. Była to taka mniejsza wersja domu Galaspiaela, tylko że wciśnięta pomiędzy inne.
– Państwo są małżeństwem? – zapytał, gdy wchodzili na piętro. Kalena i Zarkin wymienili głupie uśmiechy.
– Nie, oczywiście że nie! – zaprzeczył szybko chłopak – Jesteśmy partnerami w pracy. Podróżujemy razem, by wykonać zadanie powierzone nam przez króla.
– Ach, wasze zadanie. Myślę, że będę umiał pomóc. Powiem o wszystkim przy obiedzie. Tylko jest problem, bo byłem przekonany, że będziecie mężem i żoną, dlatego przygotowałem tylko jedną sypialnię.
– Wystarczy nam jedna – mruknęła Kalena – ktoś po prostu prześpi się na podłodze.
Stopnie skrzypiały, gdy po nich wchodzili. Na piętrze pachniało z kolei drewnem i starymi książkami. Sypialnia, w której mieli spać była naprawdę niewielka, ale to nie stanowiło kłopotu. Nie przyjechali, by siedzieć w domu.
Obiad zjedli o dużo późniejszej porze niż ta, o której normalnie jadało się obiady w Kagolanii. Zgodnie z  velikańską tradycją był późny, ale bardzo obfity.
– Łatwo wam z nim pójdzie – mówił Takiwa – Nie mieszka daleko, przejdziecie dwie ulice i będziecie na miejscu.  Ten człowiek nazywa się Gesha. Jest zabójcą wynajmowanym przez Sprzysiężenie Sprawiedliwych, ale z tego co wiem, to sam do niego nie należy.
Zarkin odchylił głowę w tył i zaczął huśtać się na krześle.
– Sądziłem, że jest tylko jeden cel, który mamy po prostu zlikwidować, zabrać mu jakąś książkę i już. A skoro on tylko z nimi współpracuje, raczej nie dzielą się skarbami.
– Wcześniej też nie należał do Sprzysiężenia, ale ją posiadał, nie sądzę by teraz coś się zmieniło – Kalena umilkła na moment. – Jeśli zaczniemy już dziś, będzie można dłużej go szpiegować. Być może znajdziemy jeszcze coś ciekawego?
– Skąd będziesz wiedziała, że to konkretnie ta książka?
– Bo ten człowiek ma tylko jedną – wtrącił Okiani – Dlatego nie chciał jej oddać tak łatwo.
– Jeśli tak, to pewnie będzie dobrze ukryta w jego domu. Gdybyśmy zaczęli już dzisiaj, moglibyśmy trochę go poobserwować i być może dowiedzieć się, gdzie to trzyma.
Kalena przystała na jego pomysł i zaraz po obiedzie udali się we wskazane przez Takiwę miejsce. Obok domu rosło duże drzewo, na które postanowili się wspiąć i tam przeczekać chwilę. Liście o tej porze były największe i najbardziej zielone, więc dali radę ukryć się w nich kompletnie.
Zaledwie po paru minutach ktoś wyszedł i szybko skierował się na . Uznali to za swoją szansę i wślizgnęli się przez otwarte okno.
– Ale śmierdzi! – Zarkin skrzywił się, gdy przez przypadek trącił tlące się na oknie kadzidełko. Kalena uciszyła go gniewnym spojrzeniem.
– Ktoś jeszcze może tu być! Nie masz pewności, że mieszka sam – szepnęła – rozglądaj się!
Pomieszczenie do którego weszli było małą zbrojownią. Znajdowały się tam ostrza wszelkiego rodzaju, niektóre zawieszone na ścianach jako trofea, inne stojące na specjalnych podstawach. Były różnej długości, od takich wielkości palca, do ogromnych rozmiarów am-shen, bardzo przypominającymi te, którymi posługiwał się Gyeul.
– Nikt by ich nie utrzymał, nie? – Zarkin wskazał na dwa największe miecze – A nawet jeśli, to złamałyby się od razu, gdyby uderzyć nimi o coś twardego. To taka dekoracja?
– Są stare – stwierdziła – ale raczej nie zostały wyprodukowane, by służyć za ozdobę. Zobacz na rękojeść, jest wytarta bardziej niż na moich mieczach. Ktoś ich używał i to często.
– Jakiś olbrzym z wyjątkowo długimi rękoma? – zażartował, ale zaraz spoważniał, gdy się nie zaśmiała – Jak stare są według ciebie?
– Nie potrafię dokładnie określić. Myślę... że sprzed wielkiej wojny. On wtedy takie miał, pamiętasz? Gdy zaatakował Galaspiaela.
– Wiesz, jakoś tak nie przystanąłem, by się przyjrzeć – odparł kpiąco.
– Chciałabym dowiedzieć się kiedyś, jak można nimi walczyć. Jak na razie to dla mnie niepojęte, a przecież to są też am-shen. Wybrałam sobie tę broń i powinnam poznać różne jej rodzaje.
– Wiesz – blondyn odwrócił się i otworzył drzwi – Nie pomogę ci zbytnio z tym. Gdyby to był bardzo duży łuk, wiedziałbym o co chodzi. Idziemy, czy chcesz wziąć sobie jakiś?
Drgnęła słysząc tę propozycję.
– Nie możemy ich wziąć!
– Dlaczego? Mamy zabić tego człowieka. Gdybyśmy wzięli łupy, ludzie pomyśleliby, że został zaatakowany przez rabusiów, bronił dobytku i zginał.
Nie chciała przed sobą przyznać, że odpychała tę myśl od siebie dość długo. Postanowiła nie prosić Zarkina o pomoc i sama zadać ostateczny cios, gdy już dojdzie do walki, ale bała się, że nie wytrzyma.
– Słuchaj, jak to jest? – zapytała klepiąc go w ramię.
– Z czym?
– Jakie to uczucie, gdy się kogoś zabija?
– Normalne – chłopak wzruszył ramionami – nie zabiłem nigdy dla przyjemności ani dla zabawy. Zawsze to było w obronie życia. Miałem wybór; ja lub oni i wybrałem siebie.
– Nie czułeś potem takiego przerażenia? Wstrętu do siebie?
– W ogóle – pchnął ramieniem drzwi i napiął łuk, jednak w drugim pokoju także nikogo nie było. Dał jej ręką znak, by weszła za nim. – Każdy zabija, Kaleno. Śmierć jest wszechobecna. Zwierzęta zabijają się nawzajem, by zdobyć pożywienie i ochronić się przed niebezpieczeństwem. Jeśli tego nie robią, giną. Ludzie mają instynktowną potrzebę trzymania się kurczowo życia. Nie chcą umierać, dlatego także zabijają. Masz wybór – ty albo on. Nie ma w tym nic niesprawiedliwego, on ma dokładnie ten sam wybór i podobnie jak ty wybierze siebie. Nie oszczędzi cię, gdybyś zaatakowała go i przegrała. Nie oszczędzi cię też, gdy uciekniesz, a on odkryje, w czym pomagałaś swojemu mistrzowi. Poza tym, czy ty wymyśliłaś to zabijanie? Nie, Galaspiael wydał wyrok, ty wykonujesz rozkaz.
– A gdyby Galaspiael wydał wyrok na ciebie? – zapytała i zacisnęła usta, tłumiąc swój wewnętrzny sprzeciw wywołany przez jego wcześniejsze słowa. – Gdybym miała zabić ciebie, też byś tak lekko do tego podchodził?
– Gdyby Galaspiael wydał wyrok na mnie, to musiałabyś go wykonać, podobnie jak ten – odpowiedział spokojnie – Nie ma w tym nic dziwnego, skoro należysz do jego najbardziej lojalnych sług, prawda? Nie ma chyba też nic dziwnego w tym, że nie zamierzałbym ci tego ułatwić. Walczyłbym z tobą o swoje życie, a nasza przyjaźń nie miałaby już znaczenia.
Kiedy tak mówił, wydawał się o wiele starszy, niż był w rzeczywistości. Zastanawiała się, czy tak wyglądały jego rozmowy z Mei, czy może ukrywał przy niej tę stronę swojej osobowości.
Kątem oka dostrzegła, że ktoś przyszedł przed dom.
– To on! – niemal wykrzyknęła. – Wrócił!
– Trzeba się schować – chłopak złapał ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi wejściowych.
– Tak mu się wystawimy, jak na talerzu! – zaprotestowała, a on popukał się w czoło.
– Co chcesz robić? Siedzieć tam, dopóki sobie znów nie pójdzie i wtedy wyjść? Zaufaj mi, tak będzie ciekawiej. Najwyżej go odstrzelę nieco wcześniej.
Pierwsze piętro miało dużo miejsc, w których można było się schować. Ukryli się naprzeciw siebie, Kalena za wysoką szafą, Zarkin w przejściu prowadzącym do drugiego korytarza i czekali. Po długiej chwili główne drzwi uchyliły się i gospodarz wszedł do domu wraz z kimś jeszcze, kogo nie dostrzegła z okna.
– Proszę, proszę – powiedział do gościa czystym madegaldzkim – Zaraz przyniosę. Kiedy mogę spodziewać się zwrotu?
– O tym zadecyduje starszyzna – odparł tamten – gdybyś pojechał wtedy ze mną do pałacu, wiedziałbyś o wszystkim. Nie lubię nadkładać drogi jadąc do Sekanii.
– To może jakiś mały poczęstunek przed dalszą drogą? Zapraszam.
Na moment wstrzymała oddech, ale nie szli w ich stronę. Do pokoju dla gości wchodziło się praktycznie zaraz po zdjęciu butów, podobnie jak w domu Galaspiaela.
Żeby podsłuchać rozmowę, musieli przenieść się trochę bliżej. Drzwi pozostawały nadal uchylone, ale teraz musieli bardzo się wsłuchiwać. Mężczyźni, jakby obawiając się,że ktoś może ich podsłuchiwać, zaczęli mówić do siebie bardzo cicho.
– Po śmierci cesarza, to już nie ten sam pałac. Naimoor powinien trochę przyhamować, od czasu gdy zaczęły się te czystki, boję się jechać do stolicy.
– Może i słusznie, Washar mógłby cię niechcący uśmiercić – rozległo się ciche prychnięcie – Wcześniej też taki był, tylko ludzie tego nie pamiętają. Po ślubie mu przeszło, Alissa dawała radę go kontrolować, a teraz znów zerwał się ze smyczy.
– Czyli nie dopuszczą go do walki?
– A dlaczego nie? Jeśli chce zabijać, to mu to umożliwią. Na wojnie przyda się wielu takich szaleńców.
Kalena i Zarkin spojrzeli po sobie.
– Nigdy nie lubiłem madegaldzkiego – wyznał – nic nie rozumiem, zwłaszcza, gdy mówią za szybko. Powiedział coś o wojnie, czy mi się przesłyszało?
– Powiedział – kiwnęła głową – O wojnie, czystkach i śmierci cesarza. Trzeba napisać do pałacu, coś niedobrego się szykuje.
Książę Washar. Kalena powtórzyła w myślach kilka razy to imię, by dobrze je zapamiętać. Wyjęła z kieszeni futerał, w którym znajdowały się małe, ale ostre rzutki. Dostała je w prezencie od Galaspiaela, jeszcze przed wyruszeniem do Velikanii. Położyła je na podłodze i z drugiej kieszeni wyciągnęła buteleczkę z trucizną.
– Nie – Zarkin powstrzymał ją gestem, gdy chciała nasączyć w miksturze kawałek swojej koszulki – Masz tu chusteczkę. Dopóki nie umyjesz rąk, nie zbliżaj ich do ust, a najlepiej w ogóle uważaj żeby niczego nie dotykać. Przetrzyj trochę bardziej na ostrzu. Dobrze... może lepiej ja to zrobię?
– Z takiej odległości, to i ja trafię celnie.
– Cieszę się, że zaczęłaś tak do tego podchodzić. Rzucaj!
Wychyliła się, wzięła zamach i wypuściła oba ostrza w stronę siedzących przy stole mężczyzn. Prawa trafiła prosto w tętnicę szyjną. Lewa chybiła. Zarkin strzelił, ale Gesha zdążył się uchylić.
Aż cofnęła się o krok, gdy zadał pierwszy cios. Był niesamowicie silny. Uchyliła się przed jednym ciosem, zła na siebie, że nie wykorzystała okazji, by zadać swój. Wskoczyła na stół. Odbiła się nogami z całej siły i wylądowała mu na plecach. Wiedział, co zrobić. Szybko uderzył w ścianę, chcąc zrzucić z siebie Kalenę. Akurat wtedy wbiła jeden ze swoich mieczów głęboko w jego klatkę piersiową.
Chciało jej się wymiotować i płakać. Szybko wyszła na korytarz, próbując zapomnieć o dwóch ciałach. Zapach krwi nadal gdzieś krążył i nie dawała rady nawet wmawiać sobie, że go nie czuje.
Chciała coś powiedzieć do Zarkina i zorientowała się, że nie ma go przy niej. Stał nadal tam gdzie wcześniej, patrząc na jej dzieło, jak zahipnotyzowany. Kiedy się odwrócił, dostrzegła w jego oczach zachwyt.
– Bardzo ładnie – pochwalił – gratuluję ci. Na pewno nie chcesz nic sobie stąd zabrać? W takim razie poczekaj na mnie, wrócę tylko po to małe cudeńko, które tam widziałem. Im się już chyba na nic nie przyda – podał jej książkę – Wydarłaś ten skarb z paszczy Sprzysiężenia Sprawiedliwych! Powinnaś być z siebie dumna.

Jeszcze tego samego dnia napisała do Galaspiaela długi list, w którym opowiedziała o wszystkim i poprosiła o dalsze instrukcje. Bardzo chciała wracać już do Kagolanii, ale czuła, że to nie będzie możliwe. Spodziewała się, że ta wiadomość o wojnie rozpali jego ciekawość i zostanie wysłana jeszcze dalej, może nawet do Madegaldu.
Zarkin był bardzo zadowolony, że zlikwidowała cel własnoręcznie, ale to nie zmniejszyło jej wyrzutów sumienia. Kiedy usłyszał o tym, że wyjazd może się przedłużyć, tylko jęknął przeciągle.
– Może powinniśmy wrócić od razu? – zapytał z nadzieją – Przecież nie wysyłałby cię po książkę, gdyby nie chciał jej szybko przeczytać.
– Też mam taką nadzieję, ale dopóki nie otrzymamy jednoznacznego rozkazu, nie możemy stąd wyjechać – dziewczyna poderwała się z miejsca nerwowo – nie sądzisz, że powinniśmy tam wrócić? Boję się, że ktoś nas zauważył, gdy wychodziliśmy.
Blondyn zaśmiał się i spojrzał na nią z politowaniem.
– Jesteś tak bardzo niedoświadczona, że to aż urocze. Gdzie mamy wracać? Dzisiaj nie wychodziliśmy z domu, nie było nas tam. Gdy wychodziliśmy, kazałem ci zasłonić twarz. Nawet gdy ktoś zauważył dwoje ludzi wychodzących z tamtego domu, mała jest szansa, że skojarzy ich z nami.
– Oby. Mimo wszystko chciałabym już wracać.
– Ja też. Ale wróćmy tą samą drogą, proszę. Wiesz, gdy tu jechaliśmy, widziałem bardzo piękne miejsce – nagle zmienił temat – to było w środku lasu. Takie duże, białe drzewo.
– Białe? – powtórzyła – Na pewno?
– Z białymi liśćmi. To znaczy takimi bardzo jasnymi, że aż wydawały się białe. Chciałbym tam kiedyś zamieszkać z Mei. Wyobraziłem sobie dom w tamtym miejscu.
– Znaczy na drzewie?
– Oj, nie na nim! – krzyknął zirytowany – Po prostu w pobliżu.
To był całkowicie inny Zarkin, niż ten, który z takim podnieceniem przypatrywał się zamordowanym przez nią ludziom i twierdził, że w zabijaniu nie ma nic złego. Dopuścił do głosu chłopca, o którym chciał jak najszybciej zapomnieć. Kalena uśmiechnęła się i usiadła obok niego.
– Skoro ci na niej zależy, jedź jutro do pałacu. Zarkin, chciałeś ukarać ją, a karzesz samego siebie! Wiem, że żałuje tego co się stało, ale boi się prosić cię o wybaczenie. Choć jeśli mam być szczera, wcale nie powinna! – dodała ostrzej – Odpowiedź od Galaspiaela i tak dostaniemy za parę dni, zdążysz wrócić do tego czasu.
Spodziewała się, że będzie protestował, ale tak nie było. Pokiwał głową, przyznając jej niemo rację.
– Jutro się tam wybiorę i naprawię wszystko.
– Świetnie – skwitowała i wsunęła się pod koc – to idź spać. Musisz wypocząć przed podróżą.
– A mogę się położyć obok ciebie? – zapytał całkiem poważnie – Niewygodnie mi na tej macie.
– Chodź – powiedziała niechętnie – tylko weź swój koc.
– Zawsze kiedy spałem z Mei, to dawała mi leżeć pod swoim kocem.
–  I co z tego?!
– Nic – mruknął – jesteś kompletnie inna. W ogóle mi jej nie przypominasz.