wtorek, 16 stycznia 2018

Rozdział 45 - Ratunek

– Brudna dziewucho, czekam tylko na rozkaz – Strażnik pilnujący celi straszył tak Kalenę od kiedy Samin zapowiedział, że czeka ją egzekucja. – Poprzedni król był chory na umyśle, skoro zdecydował się sprowadzić do wyższego kręgu niewolnicę. Ale już niedługo! Zostałaś tylko ty i koniec ze Srebrną Gwardią. Nikt nie będzie już chodził z podniesioną głową przy nas, obnosząc się ze stopniem który nie istnieje. Wszyscy jesteśmy równi! Czy ty w ogóle wiesz jakie stopnie mają strażnicy?
Kalena nie odpowiadała na żadną zaczepkę. Siedziała odwrócona do drzwi plecami na tyle, na ile pozwalały łańcuchy i sprawiała wrażenie, że niczego nie słyszy.
W celi nie mogła robić kompletnie nic, a ucieczka była niemożliwa. Postanowiła więc wrócić do ćwiczeń z medytacji, które wraz z Galaspiaelem zaczęła, a potem porzuciła gdy wyjechał na wojnę. Miała na to sporo czasu, bo jej spokój zakłócała tylko taca z jedzeniem wsuwana przez wąski otwór między drzwiami a podłogą. Nadal nie wiedziała, czy potrafiłaby coś zaklinać, jednak czuła jak jej energia wzrasta. Była spokojna i nie bała się już śmierci. Nie myślała nawet o czekającej ją egzekucji, po prostu koncentrowała się na sobie i na tym, co ją otaczało.
Była w stanie ogarnąć umysłem całe pomieszczenie i część korytarza. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół nie zdołał jej umknąć. Słyszała głos mężczyzny pilnującego jej, ale też słyszała jak wstawał i przechadzał się po korytarzu. Zwróciła uwagę na to, jak spokojnie oddychał i na to, jak jego oddech przyspieszał, gdy ktoś się zbliżał.
Kamienna podłoga była twarda, a metalowe klucze zimne i niedostępne. Woda, którą dostała do picia kompletnie nie współgrała z jej energią. Powietrzem potrafiła tylko oddychać.
Właściwie z niczym, co zauważyła za dnia nie czuła połączenia, o jakim czytała w księdze poświęconej zaklinaniu. Powoli zaczynała akceptować to, że nie potrafi tego zrobić. Skarciła samą siebie w myślach, za to że postanowiła w taki sposób zmarnować swoje ostatnie chwile.
Podczas wieczornej zmiany warty zauważyła coś jeszcze, czemu wcześniej nie poświęciła uwagi. Na kawałku ściany, który widziała przez malutkie okienko w drzwiach, mrugało ciepłe światło. Nowy strażnik przyniósł sobie świecę.
Nie widziała płomienia, ale mogła go wyczuć. Drgał pod wpływem powietrza wydychanego przez człowieka siedzącego na zewnątrz. Skupiła się jeszcze bardziej i poczuła więź.
To było to. Płomień po prostu pasował. Skupiła się na nim i poczuła przypływ ekscytacji, gdy udało jej się utrzymać język ognia prosto, pomimo tego że strażnik nadal oddychał. Sztuka ta wymagała wielkiego skupienia i była bardzo angażująca, więc nie mogła robić tego zbyt długo.
Nagle usłyszała, że ktoś wszedł. Kroki wyraźnie zmierzały w kierunku jej celi. Nie miała pojęcia, że po drugiej stronie jest Aymon, ale zaciekawiło ją, dlaczego strażnik nic nie mówi. Z drugim strażnikiem przywitałby się, a każdemu obcemu kazałby się zatrzymać. Zaczęła uważnie nasłuchiwać.
– Możesz odejść – powiedział do strażnika spokojnie. Gdy ten się nie ruszył, w korytarzu rozległ się głuchy dźwięk szybko wyjmowanego z futerału shen. – Nie jestem przyzwyczajony do mordowania swoich, idź stąd człowieku.
– Otrzymałem rozkaz...
– A teraz otrzymujesz kolejny. Możesz jeszcze dać mi klucz – Aymon umilkł, jakby na coś czekając.
Kalena nie potrzebowała więcej słuchać. Znów nawiązała więź z płomieniem i zmusiła go do poruszania się. W górę, w dół, a następnie w bok, prosto na twarz strażnika.
– Zaatakował mnie! Pomocy! Przyszedł ją uwolnić, niech ktoś mi pomoże! – mężczyzna zaczął krzyczeć naprawdę głośno. – Zdrajca! Zdrajca!
– Nic ci jeszcze nie zrobiłem! – zniecierpliwiony ogłuszył strażnika i dopadł do zakratowanego okienka. – Kaleno?
– Mistrzu Aymonie! – dziewczyna uśmiechnęła się rozpoznając jego twarz. – Miło cię tu widzieć.
– Ciebie też. Tak coś czułem, że kiedyś skończysz w lochu, ale nie sądziłem że to się stanie tak szybko! Nie wiesz może gdzie oni trzymają klucze?
– On powinien je mieć... Chociaż chyba podczas zmiany warty drugi strażnik wziął je ze sobą....
– Mam klucze! – ktoś krzyknął o wiele za głośno – Musimy się spieszyć, niedługo tutaj będzie połowa Złotej Gwardii.
– Złotej? – dopytała.
– Długa historia – Aymon zaczął dłubać przy zamku i po chwili otworzył drzwi. – Potraktowali cię jak najgroźniejszego przestępcę w dziejach! – dodał widząc jak była skuta.
– Chwila! Wierzycie mi tak? – pytała kiedy próbował wyswobodzić ją z kajdan – Wierzycie że wcale nie zwariowałam, a to wszystko to spisek uknuty przez Samina?
– Jeżeli mam być szczery, to na pogrzebie powiedziałaś głośno to, czego ja sam się bałem – wyznał Rikken – Wstyd mi, że cię wtedy nie poparłem. Zabrakło mi odwagi.
– A ja w to nie wierzę – odparł Aymon – jednak królowa ma do ciebie zaufanie i jesteś zadeklarowaną przeciwiniczką Samina. Teraz tacy ludzie są cenni
– Lin-Si kazała wam mnie uwolnić?
– Później porozmawiamy, teraz się stąd wynośmy – Rikken wyszedł z celi pierwszy, a za nim pobiegli Aymon i Kalena – Powiemy ci wszystko w kwaterze.
– Jedziemy do Yagn-Sho?
– Raczej nie możemy już zostać w mieście. Wóz czeka przy tylnych drzwiach.
Na końcu korytarza spotkali się z pięcioma gwardzistami, gotowymi do ataku. Zignorowali Aymona i Rikkena i od razu rzucili się na nią.
W ruchu ciężko było się skupić, ale dała radę połączyć swoją energię z energią lampionu przy ścianie i ich poparzyć. Ogarnęło ją niesamowite zmęczenie, jak po dwóch bezsennych nocach. Dodatkowo ktoś uderzył ją swoim łokciem, bo skupiając się na ogniu zapomniała o unikach.
– Ty to robisz? – zapytał Aymon, jednak nie zdążyła mu odpowiedzieć. Czyjaś ręka pociągnęła ją w kierunku przeciwnym do wyjścia do którego zmierzali
– Nailan, co ty...?
– Cicho – dziewczyna szturchnęła ją – Nikt nie może mnie zobaczyć!
– Gdzie idziemy? – Rikken i Aymon dogonili je, a tuż za nimi przybiegły cztery służące, które Kalena rozpoznała natychmiast.
– Jej Wysokość zmieniła plan. Konie czekają przy głównym wyjściu.
– Głównym? – Aymon popchnął Kalenę by móc stanąć obok Nailan. – To samobójstwo!
– Lea, Hama, zostańcie tu, doprowadzę ich sama. Załóżcie maski! Nie martwcie się, wszystko jest już zaplanowane – zwróciła się do Aymona – oni wszyscy czekają przy tylnym wyjściu. Specjalnie dałyśmy im fałszywy trop.
Wybiegli na mały dziedziniec, na którym Kalena wcześniej nie była, aby następnie skierować się prosto do głównej bramy. Wbrew zapewnieniom Nailan, czekało tam na nich dziesięciu uzbrojonych strażników. Schowali się w ostatniej chwili.
– Czekajcie tu! Pójdę po resztę i odwrócimy ich uwagę. Pojedziemy w kierunku domu Kaleny. Będziecie mieli tylko chwilę, tak więc starajcie się jechać szybko. Przy odrobinie szczęścia spotkamy się wszyscy w Yagn-Sho.
– Nie wiesz może gdzie dali moje am-shen? – Kalena ją zatrzymała. – Dostałam je od Galaspiaela...
– Chciałabym pomóc, ale to naprawdę nie czas ani miejsce na tego rodzaju sentymenty!
Czekali krótko, ale ta chwila wydawała się ciągnąć wieczność. W końcu trzy zamaskowane strażniczki wyjechały kierując się na główną ulicę wyższego kręgu.
Kalena poczuła bolesne ukłucie w sercu. Czuła, że straciła już swój dom. Wiedziała, że gwardziści Samina splądrują to miejsce. Dotknęła swojego naszyjnika z jadeitowym oczkiem, który miała ukryty w wewnętrznej kieszeni spodni. Poczuła jak Rikken popycha ją naprzód.
– Nie ma czasu na sentymenty, znajdziemy ci jakąś broń! Ruszaj się!
Zerwała się do biegu, ale czuła że brakuje jej już sił. Wsiadła na konia ostatnia, ale udało jej się dogonić swoich wybawców. Galopem ruszyli do Yagn-Sho, które miało być jedyną bezpieczną kryjówką
*
– Teraz od początku – zaczęła Kalena, gdy tylko zasiedli przy stole, by porozmawiać. – Co się działo, gdy byłam w tej celi?
– Całkiem sporo – odpowiedział Aymon – zaraz po twoim aresztowaniu odnaleziono ciało Juna, a potem list, coś w rodzaju odezwy do innych członków gwardii, w którym kazał odpłacić za hańbę jaką się okryli pozwalając by król został bez ochrony. To są pozorowane samobójstwa, choć to jedno wygląda zaskakująco prawdziwie. Znałem jednak kapitana bardzo dobrze i podejrzewam, że sam został do tego zmuszony. Nie był typem człowieka, którego coś takiego by złamało, chociaż honor stanowił dla niego najwyższą wartość.
– Wszyscy z gwardii nie żyją? – zapytała cicho. – A Zarkin?
– Nie odnaleźliśmy go jeszcze, więc przypuszczamy że udało mu się przeżyć – odparł Rikken. – Podejrzewam, że teraz Samin będzie chciał zlikwidować królewską akademię. Wiem, że planuje ją zamknąć, podobno tylko na jakiś czas. Mizar zostawił tam trochę książek i miał prosić o zwrot, ale doradziliśmy mu, żeby wyjechał daleko od stolicy.
– I tak do niego dotrą, jeśli zaczną szukać mnie – podjął znów Aymon – ale myślę, że najpierw skupią się na stolicy. Kilku ludzi ma za złe Jego Wysokości, że tak otwarcie zlekceważył czas żałoby, a zauważyłem, że on bardzo nie lubi, gdy krytykuje się jego decyzje.
– Bardzo nie lubi ludzi, którzy krytykują jego decyzje – dokończyła mistrzyni Bimala, a Kalena zareagowała lekkim uśmiechem. Nailan, która jeszcze ani razu się nie odezwała, wypuściła głośno powietrze.
– To nie jest śmieszne. Nie wiem co teraz zrobisz, ale lepiej nie wracaj do Kagolanii. Samin pewnie jest wściekły i niedługo ogłosi nagrodę za twoją głowę.
– Bo się mnie boi! Wie że mogłabym uratować Galaspiaela i sprowadzić go z powrotem. A gdyby odzyskał tron, publiczna egzekucja to najłagodniejsze, co mogłoby spotkać tego zdrajcę.
– Jeśli sprowadziłabyś go żywego – wtrącił Aymon – gdybyś rzeczywiście miała rację i Galaspiael padł ofiarą spisku, teraz najprawdopodobniej znajduje się w madegaldzkiej niewoli. Szanse na to że przeżyje maleją z każdą chwilą.
– Więc nie ma czasu! – Gwałtownie poderwała się z miejsca – Trzeba jak najszybciej wyruszyć!
– Tylko że ja nie mogę z tobą jechać – powiedziała Nailan – powinnam szybko wrócić do pałacu, żeby nie zaczęto mnie podejrzewać. Samin mógłby przez to stracić zaufanie do królowej, a to jedyna osoba, która nam sprzyja i jest tak blisko niego.
– Planowaliśmy zorganizować ruch oporu, dzięki któremu to Aymon przejąłby władzę. Korona bardziej mu się należy. Gdyby Okiani nie byli przekupieni i zastraszeni, zostałby wybrany. Jest bliżej spokrewniony z Galaspiaelem i... – Rikken urwał widząc jej spojrzenie – wiem jak to brzmi Kaleno, ale postaraj się zrozumieć.
– Zrezygnowaliście z niego – wydcedziła przez zęby – spisaliście go na straty!
– Nie zrezygnowaliśmy, tylko staramy się, by miał kraj, do którego mógłby wrócić. – Aymon również wstał. – Jeśli Galaspiael się odnajdzie, osobiście będę mu pomagał w odzyskaniu władzy. Ale musimy się przygotować, inaczej nic nie osiągniemy, nieważne czy wróci, czy nie. Do tego Mizarowi może grozić niebezpieczeństwo... Każdy z nas ma tu coś, co stara się chronić, nie możemy wyjechać z tobą na misję, która nie wiadomo czy się powiedzie. Kaleno, jeśli chcesz go ratować, nie będziemy cię zatrzymywać, ale jesteś zdana na siebie.
*
Zarkin obudził się w zupełnie nieznanym sobie miejscu. Czuł się okropnie. Nie widział kompletnie nic dookoła siebie. Zamrugał oczami kilka razy, ale nadal nie dostrzegł nawet zarysów czegokolwiek.
– Niech mi ktoś... – wychrypiał i jego głos się urwał. Zaczął po omacku szukać czegoś, na czym mógłby się podeprzeć i wstać.
– Zarkinie? – usłyszał nad sobą kobiecy głos. – Jak się czujesz?
– Kim jesteś? Zapal jakąś świecę, nic nie widzę!
Ręką natrafił na jej rękę. Pomogła mu podnieść się do pozycji siedzącej i poczuł że sama usiadła obok.
– Naprawdę nic nie widzisz? Kompletnie nic?
Zmroziło go. Nie mógł poradzić nic na łzy, które napłynęły do jego oczu. Był całkowicie bezbronny, zdany na jej łaskę. Zamrugał kilkukrotnie oczami i przyłożył rękę do twarzy. Nie dostrzegł nawet zarysu swoich palców. Nic. Kompletnie nic.
– Nie widzę... – przyznał i otarł łzy rękawem. Syknął z bólu, gdy szorstki materiał otarł się o jego ramię.
– Nie zagoiło się jeszcze. Musimy poczekać, gdybym teraz przecięła, rana mogłaby zaropieć. Wyjaśnię wszystko, tylko błagam, nie denerwuj się. Jesteś bezpieczny, już nic ci nie grozi. Najgorsze już minęło.
– Co się stało? Skąd mnie znasz? Kim jesteś? – powtórzył pytanie i zapadła długa cisza, przerywana tylko jej drżącym oddechem.
– Zapomniałeś już mojego głosu panie?
Zamarł. Wiedział, że płakała, podobnie jak on.
– Mei! Mei, to ty! To naprawdę ty? – Zdał sobie sprawę, że ściska ją mocno za rękę, więc trochę rozluźnił palce. – A Kalena? Jest tutaj?
– Pytałam o nią, ale podobno została w stolicy. Ciebie znalazłam na targu niewolników.
– Jak się tam dostałem?
– Liczyłam, że mi powiesz. W każdym razie, gdy cię znalazłam byłeś jeszcze pod wpływem  trucizny. Minęło tyle dni, że już powoli zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek się obudzisz. Prosiłam o pomoc różnych ludzi, ale kazali tylko podawać leki i czekać. Wczoraj dałam ci twoje antidotum, które kiedyś mi podarowałeś w małej buteleczce. Nie wiedziałam czy zadziała, minęło przecież kilka lat...
– Miałaś je nadal?
– Długo nie mogłam tego znaleźć, myślałam że wypadło gdzieś podczas przeprowadzki. Nie wiem czy to dzięki temu się obudziłeś, czy nie Proszę, nie płacz, bo ja się znów rozpłaczę!
– Naprawdę doceniam twój trud i dziękuję za uratowanie życia. Ale wolałbym się nie obudzić, niż obudzić ślepy. To najgorsza kara, jaka mogła mnie spotkać.
– Postaram się, żebyś odzyskał wzrok.
– Nawet nie mogę na ciebie popatrzeć – mówił dalej, jakby jej nie usłyszał – Nie mogę spojrzeć w oczy i przeprosić. Nie wiem jak teraz wyglądasz. Już nie będę umiał się obronić. Spotkała mnie kara, adekwatna do popełnionych grzechów.
– Nie mów tak! – Znów usiadła i objęła go ramionami. – Znajdziemy kogoś, kto ci pomoże. Poszukam tutaj, a jeśli będzie trzeba, pojadę gdzieś jeszcze. Kiedy wojna się skończy, objedziemy cały świat. Na pewno ktoś będzie umiał coś na to poradzić! Będziesz widział, obiecuję.