piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 17 - Zakazana Strefa cz. 2

Leżała na trawie.
Jin-si chwyciła ją za ramiona i pociągnęła gdzieś. Powoli, bardzo powoli wszystko znów stawało się przejrzyste. Znów byli w lesie. Seth siedział oparty o drzewo. Był śmiertelnie blady, zdawało się, że nieprzytomny. Lewą cześć twarzy miał lekko przybrudzoną, tak jakby upadł na wilgotną ziemię.
– Nigdy więcej – oświadczyła hardo księżniczka, najbardziej przytomna z całej trójki – Nie przyjdę tu już nigdy więcej. Ktoś jednak miał swoje powody, by nazwać to miejsce ZAKAZANĄ Strefą! A oni nas tutaj zabrali na wycieczkę!
– Co to było? – Kalena podniosła się do pozycji siedzącej – Wydaje mi się, że gdzieś już go widziałam, tylko nie mogę sobie przypomnieć kogo mi przypominał.
– Ktokolwiek to był, zna się na sztuce, której my nie jesteśmy w stanie opanować – Seth w końcu się odezwał. – Te podmuchy i nasze dziwne odczucia, potem paraliż. To coś potrafi wiele i na pewno nie jest człowiekiem.
– Czym więc w takim razie?
– Myślę że... duchem. Albo demonem – chłopak podniósł się i zakołysał – Tylko nie rozumiem, czemu nie rozłożył sił równo. Wydaje się, że atakował nas z inną intensywnością. Ja nadal odczuwam tego skutki, a na Jin nie zadziałało prawie w ogóle.
– Nie zemdlałaś? – zapytała Kalena, pomagając Sethowi utrzymać się w pozycji pionowej.
–  Stałam trochę dalej, więc być może nie zauważył mnie w pierwszej chwili. Zdążyłam tylko zobaczyć, jak wyciąga do was rękę i upadacie. W życiu się tak nie bałam, sądziłam, że was zabił. A kiedy się obudziłam, jego już nie było, a wy nadal leżeliście na trawie.
– Czekaj... Chyba zaraz zwymiotuję – chłopak nagle pochylił się i zasłonił sobie usta dłonią – Chodźmy już, błagam. I tak pewnie przyjdziemy ostatni.
Nie miał racji, bo w umówionym miejscu zbiórki spotkali tylko Zarkina, Mei, Mizara i Maminę. Reszta uczniów nadal była zajęta poszukiwaniami, albo już je skończyli i błądzili wśród drzew.
– Ha! – Galaspiael zauważył ich i podszedł przywitać Kalenę – Wiedziałem, że szybko ci pójdzie. Mistrzyni Asanala przygotowała jedzenie, możecie się poczęstować... – urwał widząc, że Jin-Si i Seth przyglądają mu się intensywnie – Jeśli nie chcecie, to nie zmuszam, ale wcale nie jest aż tak złą kucharką.
Kalena rozumiała, czemu tak patrzyli. Ona sama też już wiedziała, kogo przypominała jej tajemnicza zjawa. Wcale nie Galaspiaela, tylko jego przodka, którego portret widziała, gdy była w pałacu. Nadal był w Zakazanej Strefie.

Wieczorem, gdy szykowali się już do drogi powrotnej, Galaspiael zabrał ją na spacer. Po tym, co odkryła, nie miała już najmniejszej ochoty, by dalej zwiedzać to miejsce. O wiele lepiej czuła się nie wiedząc, co czai się wśród gęstwiny drzew, na szczęście nie zapuszczali się głęboko w las, ale oddalili od obozu na tyle, by móc porozmawiać głośniej bez martwienia się, że ktoś mógłby ich mniej lub bardziej umyślnie podsłuchać.
– Przykro mi, że nie dałam rady znaleźć ci wodnego nefrytu.
– Nie przejmuj się – odparł i uśmiechnął się wyuczenie. Po głębszym poznaniu go, Kalena potrafiła rozpoznać jego szczery uśmiech. Umiała też dostrzec jakie emocje starał się ukryć.
W Kagolanii o dobrym wychowaniu świadczyło nie ujawnianie złego samopoczucia. Nawet przyjaciołom nie wypadało często się zwierzać, by nie sprawiać im zbytniego kłopotu. To, że ktoś mało mówił o swoich osobistych problemach, a wiele pomagał uważano za wyjątkową zaletę, zaś osoby takie jak ona, zbyt mocno przeżywające wszystkie smutki i porażki były traktowane, jako niedojrzałe.
– Dobrze, że już wracamy.
– Dlaczego? – podchwycił – Nie podobało ci się?
– Źle się czuję w tym miejscu – Kalena miała ochotę opowiedzieć mu o wszystkim, ale bała się, jak na to zareaguje i czy w ogóle uwierzy – Skoro jest tak niebezpiecznie, że nie wolno tu przychodzić, dlaczego trenujemy właśnie tutaj?
– Posłuchaj, Zakazana Strefa nie będzie wiecznie opuszczona. W końcu znajdziemy sposób na to, by ją zasiedlić i pozbyć się niebezpieczeństwa, ale żeby to zrobić, musimy oswoić się z tym miejscem.
 – Tak naprawdę, chyba nikt nie wie, dlaczego w ogóle się tu nie chodzi.
–  Ludzie często przekręcają to, co usłyszą, dlatego najlepiej poszukać bardziej wiarygodnego źródła. Stolica Xiangei została zdobyta i duża jej część zniszczała podczas zmagań wojennych. To było coś strasznego, nawet nie dasz rady sobie wyobrazić. Myślę, że nawet kroniki i inne pozostałe z tamtego czasu dokumenty nie oddają w pełni wszystkiego, co się działo. Wydawało się, że gdy ogłoszono pokój, wszystko wróci do normy, jednak tak się nie stało. Ludzie wrócili, ale okazało się, że w mieście nie da się żyć. Słyszałaś pewnie, że cesarz w akcie desperacji użył wyjątkowo strasznej broni.
– Słyszałam to już wiele razy na lekcjach – odparła – Ale to bardzo mało informacji. Co to była za broń?
– Nie wiem. Sprzysiężenie Sprawiedliwych zadbało o to, by nikt już nie posunął się do tego. Uznali tę wiedzę za tak niebezpieczną, że nawet najważniejsi ich ludzie nie byli godni jej posiadania. Wszystkie zwoje spalono. Wiem tylko na czym to polegało; podobno Gayeul, bo tak się nazywał ten człowiek, wpłynął jakoś na swoje wojsko. Stali się wyjątkowo wytrzymali, ale za straszną cenę. Odebrał im człowieczeństwo i nie dał rady na powrót go przywrócić. Niedobitki potwornej armii z upiornym władcą na czele z czasem przejęły miasto i zostały w nim. Budzą się nocami i wychodzą na polowanie, ale nigdy nie zapuszczają się zbyt daleko. Są uzależnieni od swojego pana, nie przetrwaliby w zbytnim oddaleniu od miasta. Dlatego jesteśmy tutaj bezpieczni.
Gdy to powiedział, poczuła jak oblewa ją zimny pot. Wiedziała już na pewno, że doświadczyła czegoś realnego. Galaspiael nie należał do przesądnych osób, wszystkie religijne obrzędy traktował bardziej jak tradycję niż coś, co miałoby wpływ na jego życie. Mimo to otwarcie mówił o tym, że cesarz dawnego państwa był nieśmiertelny. Wiedział to.
– Ten człowiek to twój... – urwała. Przecież Samin prosił, by nie atakowała go pytaniami o to.  Ostrzegał, że Galaspiael nie lubi tego tematu.
– Dziadek nie, nawet nie pradziadek – sam domyślił się o co jej chodziło – Jednak nie mogę zaprzeczyć, że jestem z nim spokrewniony. Z całego serca nienawidzę swoich przodków. Chciałbym pewnego dnia obudzić się jako ktoś inny, bez tego brzemienia. Boję się, że pewnego dnia stanę się taki, jak on.
Więc to było powodem, dla którego tak bardzo gardził życiem. Kalena zaczynała już wszystko rozumieć.
– Nie wiem co mam ci powiedzieć.
– Opowiedz coś o swojej rodzinie – zmienił temat – Mógłbym ci pomóc odnaleźć twoich prawdziwych rodziców, gdybyś chciała.
– Nie pamiętam ojca w ogóle, a z matką rozdzielono nas, gdy nauczyłam się chodzić. Nie pamiętam nawet jej imienia. Pytałam Namię, ale nigdy nie chciała mi nic opowiedzieć. Jeśli bym ją kiedyś spotkała, spytałabym jeszcze raz... ale teraz to ty jesteś moją rodziną – zawahała się przez chwilę – A twoi rodzice?
– Nie ma o czym mówić. Głupia śmierć w głupi sposób. Tylko wiesz, trochę tęsknię za ojcem. Smutno mi, że rozstaliśmy się skłóceni. Nie zdążyłem się z nim nawet pożegnać, moimi ostatnimi słowami do niego były jakieś obelgi. Nienawidziłem go kiedy żył, a gdy wysłał mnie na szkolenie, to zacząłem sądzić, że on też mnie nienawidzi. Zawsze uważał, że nie mam racji, że niczego nie potrafię, zawsze we mnie wątpił, kwestionował wszystko, a mnie to niesamowicie wręcz irytowało. Teraz oddałbym wszystko, by móc chociaż raz zapytać go o radę.
Zawiał wiatr, ale tym razem czuć było, że to czysto naturalny podmuch. Za plecami słyszeli rozmowy ostatnich maruderów, którzy podobnie jak oni wykorzystywali kilka ostatnich minut przed powrotem do Yagn-Sho.
Kalena wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń w swoją, nieco drobniejszą. Cieszyła się, że tak jej zaufał, że opowiedział o wszystkim, co go dręczyło, ale widziała, ile go to kosztowało. Bardzo chciała pomóc mu w tamtej chwili, poradzić coś, by przestał się martwić, lecz nie wiedziała, co mogłaby zrobić. Jedyne co mu mogła zaoferować, to swoja obecność. Tylko tyle i aż tyle.